Pogonimy Kaczyńskiego – tak wołaliśmy albo podśpiewywaliśmy rok i parę miesięcy temu, nie wiedząc jeszcze, czy to na serio, czy tylko beka, tyle warta, co wyświechtany aż do obrzydzenia symbol ośmiu gwiazdek. Przecież ileż to razy rozbłyskiwały takie wirtualne i nietrwałe memy, jak „oda do radości” albo znicze pod gmachami sądów: na przelotną chwilę skupiały pogubionych ludzi w obywatelski tłum, niejednego porwały, wielu rozśmieszyły, ale nie zmieniły niczego. Przecież PiS jest mocny, jednych przekupił, innych uśpił; niezależnie od naszego popiskiwania zbuduje swój autorytarny gmach, będzie „wielka Polska katolicka” albo jeszcze gorzej. I nagle w takim beznadziejnym świecie zdarza się 15 października ze wszystkimi jego konsekwencjami. Jeszcze raz ludowa śpiewka lub niewypowiedziana do końca nadzieja okazały się mocniejsze od nasrożonego państwa. Jak wtedy w sierpniu 1980 albo w czerwcu 1989.