Michał Szułdrzyński: PiS chce zbudować pomnik sobie, a nie papieżowi

Krucjata w obronie świętości Jana Pawła II politycznie może się PiS opłacać. Tyle że to, co dziś wydaje się skuteczne, na dłuższą metę będzie destrukcyjne. Przede wszystkim dla pamięci o papieżu.

Publikacja: 10.03.2023 16:09

Iluminacja przedstawiająca papieża św. Jana Pawła II na Pałacu Prezydenckim w Warszawie

Iluminacja przedstawiająca papieża św. Jana Pawła II na Pałacu Prezydenckim w Warszawie

Foto: PAP/Andrzej Lange

Szykując się do kampanii wyborczej, politycy opozycji powinni pamiętać, że mają w Prawie i Sprawiedliwości zdolnego przeciwnika. Zdolnego do wszystkiego. Zresztą z punktu widzenia PiS niewykorzystywanie okazji, jakie daje jej rzeczywistość, byłoby politycznym błędem. Bo tak, polityka to nie łyżwiarstwo figurowe, tu nie ma punktów za styl, liczy się wyłącznie skuteczność. A PiS właśnie testuje, czy łamanie wszelkich granic przyzwoitości będzie skuteczne.

Dlaczego to łamanie granic przyzwoitości? Weźmy sprawę Jana Pawła II. Na krótką metę PiS opłaca się wziąć go na sztandary. Mobilizowanie zwolenników krzykiem oburzenia, że oto depcze się świętości, może się okazać strzałem w dziesiątkę. Specyficzną cechą polskiej sekularyzacji jest bowiem przekonanie, że Kościół ma swoje za uszami, że zbyt natrętnie wychodzi ze swoim moralizatorstwem, co widać na przykład po spadku odsetka Polaków, którzy ufają Kościołowi jako instytucji. Ale to jeszcze nie oznacza, że Polacy masowo stali się ateistami. Podobnie nie oznacza to, że Jan Paweł II stał się dla nich – tak jak jest dla najmłodszego pokolenia – wyłącznie symbolem obciachu. Ci, którzy pamiętają jeszcze komunizm, doskonale pamiętają też jego rolę. I dlatego nawet tak ikoniczne dla opozycji postaci jak Tomasz Lis czy Roman Giertych wskazują na wielką rolę historyczną, jaką odegrał Święty.

Czytaj więcej

Kampania wokół Jana Pawła II. „Toczymy teraz ważną bitwę”

Biorąc pod uwagę propagandowe talenty Prawa i Sprawiedliwości, krucjata w obronie dobrego imienia Jana Pawła II może okazać się bardzo skutecznym narzędziem. PiS testuje, jak daleko może się w tej sprawie posunąć. Premier Mateusz Morawiecki, którego otoczenie znane jest z piarowskich talentów, jako pierwszy narzucił narrację, przyrównując zbrojną agresję Rosji na Ukrainę do hybrydowego ataku na Jana Pawła II, stawiając się w szeregu obrońców jego pamięci. Ale jeśli ktoś myślał, że na tym koniec, srodze się pomylił. PiS postanowiło poświęcić wiele godzin z posiedzenia Sejmu na dyskusję na temat specjalnej uchwały w obronie dobrego imienia Jana Pawła II. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek nawet puszczała na sali plenarnej wystąpienie papieża z jednej z pielgrzymek.

Skalę absurdu przebiło wezwanie do MSZ ambasadora Marka Brzezińskiego. Ktoś w obozie rządowym uznał, że wyborcom spodoba się wezwanie ambasadora USA w sprawie publikacji przez medium zależne od kapitału amerykańskiego reportażu, który miał się wpisywać w wojnę hybrydową wobec Polski. Sygnał do wyborców był wyraźny: "Jesteśmy w stanie zaryzykować nawet konflikt z krajem, który gwarantuje nam dziś bezpieczeństwo, byleby bronić to, co dla nas najważniejsze, bronić naszej tożsamości. To, że jesteśmy sojusznikiem USA nie oznacza, że wyrzekniemy się polskości…”.

PiS wskoczyło na falę i postanowiło na niej płynąć tak długo, jak się da

I cóż, że to wszystko potworna przesada? Cóż, że porównanie reportażu i książki niezależnych dziennikarzy – nawet jeśli uważa się ich za stronniczych – do wojny hybrydowej i brutalnej wojny na Ukrainie jest po prostu nieprzyzwoite. Nikt tu nikogo nie zabija, nie lecą rakiety. Mało tego, przecież to tylko dwie publikacje, można z nimi polemizować, ważyć rację, spierać się na argumenty.

Ale nie o to chodzi, PiS wskoczyło na falę i postanowiło na niej płynąć tak długo, jak się da. I choć z reportażem nie miała nic wspólnego Platforma, cel akcji był jasny: pokazać największą partię opozycyjną jako siłę, która patronuje szarganiu największych świętości narodowych. Posłowie PO usiłowali zejść z linii strzału, wyciągając karty do głosowania, ale kampania toczy się dalej. Tak samo PiS próbowało wciągnąć Platformę do dyskusji „mięso czy robaki”, która wydawała się dla rządzących wygodna, ponieważ pozwalała dorobić gębę Platformę (choć raport C40 nie był dziełem PO, pisałem o tym w Plusie Minusie).

Czytaj więcej

Zmiany klimatu spadły prawicy z nieba

Tyle tylko, że – szczególnie w przypadku pamięci o Janie Pawle II – to, co dziś wydaje się skuteczne, na dłuższą metę będzie destrukcyjne. Przede wszystkim dla pamięci o papieżu. Moralne wzburzenie w sprawie Jana Pawła II uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję o aktach, które zostały ujawnione i stanowią podstawę do formułowania różnych tez – inaczej interpretujemy je w „Rzeczpospolitej”, inaczej odczytał je dziennikarz TVN24. Ale kiedyś te pytania powrócą. Zasłaniając się obroną dobrego imienia Jana Pawła II, tylko odsuwa się tę trudną dyskusję w przyszłość. W dodatku jeszcze upolitycznienie pamięci o papieżu też nie przyniesie jej na dłuższą metę korzyści.

Gdy Jan Paweł II stanie się wyłącznie polityczną pałką, którą PiS będzie okładało przeciwników, po pewnym czasie stanie się częścią polityki. PiS nie będzie zaś rządzić wiecznie, a wtedy papież podzieli los tej partii – zostanie całkowicie odrzucony. Postępująca sekularyzacja (bo nie oszukujmy się, ona będzie postępować, PiS zamiast ją zatrzymać tylko ją przyspiesza) oraz zmiana pokoleniowa sprawią, że ten wielki spiżowy pomnik, który rząd chce dziś zbudować sobie, a nie Świętemu, runie z hukiem. A byłoby szkoda, bo Jan Paweł II był naprawdę postacią wielką i historyczną.

Szykując się do kampanii wyborczej, politycy opozycji powinni pamiętać, że mają w Prawie i Sprawiedliwości zdolnego przeciwnika. Zdolnego do wszystkiego. Zresztą z punktu widzenia PiS niewykorzystywanie okazji, jakie daje jej rzeczywistość, byłoby politycznym błędem. Bo tak, polityka to nie łyżwiarstwo figurowe, tu nie ma punktów za styl, liczy się wyłącznie skuteczność. A PiS właśnie testuje, czy łamanie wszelkich granic przyzwoitości będzie skuteczne.

Dlaczego to łamanie granic przyzwoitości? Weźmy sprawę Jana Pawła II. Na krótką metę PiS opłaca się wziąć go na sztandary. Mobilizowanie zwolenników krzykiem oburzenia, że oto depcze się świętości, może się okazać strzałem w dziesiątkę. Specyficzną cechą polskiej sekularyzacji jest bowiem przekonanie, że Kościół ma swoje za uszami, że zbyt natrętnie wychodzi ze swoim moralizatorstwem, co widać na przykład po spadku odsetka Polaków, którzy ufają Kościołowi jako instytucji. Ale to jeszcze nie oznacza, że Polacy masowo stali się ateistami. Podobnie nie oznacza to, że Jan Paweł II stał się dla nich – tak jak jest dla najmłodszego pokolenia – wyłącznie symbolem obciachu. Ci, którzy pamiętają jeszcze komunizm, doskonale pamiętają też jego rolę. I dlatego nawet tak ikoniczne dla opozycji postaci jak Tomasz Lis czy Roman Giertych wskazują na wielką rolę historyczną, jaką odegrał Święty.

Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie