Prognozy Jadwigi Staniszkis nie sprawdzały się. A może miała rację mówiąc, że „wizja liberalizmu, jaką oferuje Platforma, upadnie”?
Mówiła też, że Donald Tusk powinien się mniej uśmiechać, a więcej robić, zanim zaczęli powtarzać to inni. Koalicja Obywatelska jest dziś inną partią niż Platforma była dziesięć lat temu, nawet zmienił się kurs jej polityki międzynarodowej w wielu kwestiach. Natomiast jako byt ideowy Platforma już nie istnieje.
Otwiera się w tym momencie dyskusja, zapoczątkowana przez to jedno ze stwierdzeń Staniszkis: czy to w ogóle był liberalizm? Może pustka? Liberałowie byli w latach 90. w „Przeglądzie Politycznym” (a i tak nie wszyscy), a na poziomie politycznym to zawsze byli konserwatyści, inaczej uwrażliwieni na kwestie rynku, mniej na ideał społeczeństwa otwartego. Dlatego tak, zgadzam się z tą prognozą Jadwigi Staniszkis.
„Na temat Jadwigi Staniszkis nie mam nic do powiedzenia” i „Nie mam nic do powiedzenia na temat Jadwigi Staniszkis, żałuję” – w ten sposób na prośbę rozmowy odpowiedzieli panu Adam Michnik i Jarosław Kurski. Ale to wypowiedź Jana Śpiewaka mnie uderzyła najbardziej: „Uważam, że ona pisała bzdury. (...) Uważam, że ona maskowała po prostu swoją głupotę kwiecistymi słowami”. Spodobał mi się pański pomysł: spojrzenie na Jadwigę Staniszkis oczami innych, w efekcie „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis” to książka więcej niż o socjolożce, bo o nich samych i III Rzeczpospolitej.
Rzeczywiście, to książka nie tylko o Jadwidze Staniszkis, ale o środowisku, które uprawiało politykę i tworzyło dyskurs. Nie wyobrażałem sobie nie zaprosić do rozmowy Adama Michnika (odmówił) i Leszka Balcerowicza, ale też Mateusza Morawieckiego i Piotra Glińskiego. Ciekawe dla mnie okazało się to, że np. Jan Śpiewak i Magdalena Środa, których poglądy są odmienne, mówią o Jadwidze Staniszkis to samo.
Odpowiedź, którą sugeruję jako autor tej książki, jest taka: to historia grupy społecznej – pozostałości po dawnej inteligencji, która odnosi się do jednego ze swoich teoretyków. Mowa o specyficznej grupie menedżerów-intelektualistów, osób tworzących dyskurs. Jako socjolog historyczny uważam, że nie ma historii narodowych, jest historia klas i ich małych wycinków. To opowieść o takim bardzo ważnym wycinku.
Dlaczego Adam Michnik nie chciał rozmawiać o Jadwidze Staniszkis? Czy bohaterka pańskiej książki została odrzucona?
Chciała być odrzucona, w tym sensie, że wierzyła w bycie intelektualistką, która jest naprawdę wolna. I zapłaciła – a może przepłaciła – za to cenę. Z jednej strony była wolna, więc poza kontekstem społecznym, a stąd wypowiedzi, które nie wytrzymywały w zderzeniu z faktami. Z drugiej, już w latach 80. nie podporządkowała się środowisku, które dekadę później stworzyło „Gazetę Wyborczą” – czyli wizji dziennikarstwa tożsamościowego. To z nami zostało: prenumerata „Gazety Wyborczej” lub „Gazety Polskiej” to deklaracja przynależności do wspólnoty jednych lub drugich „prawdziwych Polaków”. W latach 90. jako obiektywne sprzedawano teksty w rzeczywistości opiniowe, współcześnie jest to bardziej zniuansowane, w myśl neoliberalnego zarządzania dyskursem w mediach: pozostawia się strzępy pluralizmu, ale na warunkach jednej, najczęściej partyjnej, hegemonii.
Jadwiga Staniszkis się temu nie podporządkowała: krytykowała transformację oraz nie uznała zwycięstwa neoliberalnego języka i poszukiwała własnego. Nie od razu przecież związała się z prawicą, pisała w różnych miejscach. Potem słusznie zauważała, że media nie spełniają swojej roli. Daniel Zamora, świetny belgijski politolog, zresztą o cudownym poczuciu humoru, w „Le Monde Diplomatique” opublikował prowokacyjny tekst o fake newsach, które są wyrazem emancypacji, bo tworzą kontrhegemoniczną wspólnotę wyobrażoną. To ważna rzecz, którą zresztą przeoczamy: walcząc z dezinformacją, nie zastanawiamy się nad jej źródłem. Nie rozumiejąc złożoności tego zjawiska, łatwo jednak wpaść w proste moralizowanie i przekonanie o własnej racji. No i fajnie, gratuluję. Tylko że to strasznie dziecinne.
Jadwiga Staniszkis była „matką prawicowego populizmu”?
Zwróciła się ku pokrzywdzonym przez transformację. I tym, którzy na niej w latach 90. nie skorzystali. Mówiła nie tylko o wykluczonych, ale również o peryferyjności Polski, która na jakiś czas straciła na znaczeniu i musiała po upadku ZSRR wymyślić siebie na nowo.
Prawica przejęła opowieść Jadwigi Staniszkis, wygrywając tę melodię po swojemu. Prawicowy populizm, który zaczął się właśnie wtedy, jest dla badacza bardzo ciekawy: bo wykluczeni to nie tylko robotnicy, ale również biznesmeni, którzy się po prostu nie dorobili.
Lewicowy populizm opiera się na sprzeciwie wobec jakiejkolwiek akumulacji kapitału. Prawicowy – co pobrzmiewa w tym, jak definiuje „postkomunizm” i „resortowe dzieci” – zaś na tym, że jest akumulacja moralna (czyli nasi) bądź nie (chodzi o uwłaszczenie nomenklatury, to również zagraniczni właściciele przedsiębiorstw). Czyli adresatem prawicowego populizmu mógł być „arystokrata”, który nie dorobił się tak, jak chciał, bo nie miał układów. Daleki jestem od paranoi o wszechmocnym układzie, ale znajomości miały ogromne znaczenie – chodziło chociażby o to, do kogo dzwonił telefon z informacją o tym, że w jakiejś miejscowości sprzedawana była fabryka. Prawica rzeczywiście odnalazła się w tym gorzej – wystarczy spojrzeć na powstające po 1989 r. imperia medialne: były liberalne. Nie chodziło o społeczeństwo otwarte lub zamknięte, a o to, kto się dorabiał lub nie. W kontestującej lata 90. Telewizji Trwam występowała postkomuna sensu stricto, np. prof. Bogusław Wolniewicz, który w 1968 r. wzywał do wyrzucania protestujących studentów z uczelni. Nie odnalazł się po 1989 r. Stąd jego związek z prawicą.
Historia Jadwigi Staniszkis jest więc pytaniem o bycie intelektualistą publicznym w Polsce – mamy inteligencję, ale nie mamy moim zdaniem wielu publicznych intelektualistów. Mnie chodzi w „Radykalnej” o to, by nas ruszyć trochę do myślenia, do tworzenia idei. Inaczej jest nudno i jest drenaż. Serio tego chcemy?
Jadwiga Staniszkis stanęła po stronie tych, którzy nie zakumulowali (kapitału – red.) – ale też dlatego, bo sama była ze środowiska na tyle uprzywilejowanego, że nie musiała „gonić za dolarami”. Ale to stąd odrzucenie jej przez tyle środowisk (i fascynacja – choć oparta na niezrozumieniu – w innych), które popadły w hurraoptymizm, co zaprowadziło wiele wybitnych umysłów na intelektualną mieliznę. Nie tylko intelektualista, ale też człowiek, który nie pyta i nie wątpi, fajnego tekstu czytelnikowi nie sprzeda.
Jak więc Jadwiga Staniszkis rozumiała postkomunizm? Bo paradoks polega na tym, że inaczej niż prawica.
Mniej więcej w tym samym czasie wyszły dwie prace: w 2001 r. Staniszkis wydała „Postkomunizm”, a w 2003 r. Zdzisław Krasnodębski „Demokrację peryferii”. Główna różnica polegała na tym, że Jadwiga Staniszkis opisywała to, że żyjemy w okresie postkomunistycznym, który cechuje określony sposób sprawowania władzy, a Zdzisław Krasnodębski moralizował w myśl hasła „my, wykluczeni”.
Środowisko „Gazety Wyborczej” kreowało inną narrację: władzy już nie ma, w liberalizmie wszyscy nią jesteśmy. Jadwiga Staniszkis zaś koncentrowała się na relacjach władzy w okresie transformacji. I dlatego była interesująca dla PiS.
„Poza tym ona chciała być kimś, kto wpływa na politykę – ale nie poprzez funkcję, tylko poprzez ideę” – powiedział panu Jerzy J. Wiatr. To było anachroniczne?
Istnieje liberalny odruch: mówi się, że nie potrzebujemy idei, że chodzi o praktykę, czyli „po co nam ci humaniści, filozofowie?”. Gadanie. Idee są i mają się dobrze. Ale też co ciekawe, to politycy PiS – w porównaniu do polityków KO i Lewicy – bardzo chętnie chcieli ze mną rozmawiać o Jadwidze Staniszkis.
Każda partia miała swoich ideologów, autorów, twórców pojęć i kategorii. KO również, tam dalej jest przecież kilka ważnych nazwisk. Problemem jest raczej to, że owi autorzy są zdominowani przez lidera partyjnego. Trudno wymienić poważnego liberalnego intelektualistę, którego kategorie przejęli politycy KO. Przy czym nie chodzi o zrozumienie – politycy to nie filozofowie, Staniszkis przejęto.
W pańskiej książce można przeczytać, że Zygmunt Bauman był rozczarowany wyborami Staniszkis. Nie on jeden – podobnych wypowiedzi w książce jest kilka. Towarzyszy temu tłumaczenie: bo ją odrzucili. Jakby nigdy sama nie mogła wybrać.
Jest to związane z płcią – na zasadzie „to była zagubiona kobieta”. Ona sama wybierała tę „samotną drogę”, odcinała się, bo była też na tyle uprzywilejowana, że mogła. W jednym z wywiadów o książce rzuciłem, że była trochę jak gwiazda polskiej popkultury, Geralt z Rivii. Ekspert, samotny na szlaku. Jak teraz o tym myślę, to chyba coś w tym jest. W tym sensie była też dzieckiem swoich czasów.
No i myślała po swojemu. Nie bawiła się w mikropolityki, obficie cytowała autorów międzynarodowych, łącznie z tureckimi marksistami. W polskiej akademii nie jest to mile widziane, kiedy nie cytujesz kolegów i koleżanek. Jeśli polemizowała, to z politykami i publicystami. Historia Jadwigi Staniszkis jest więc pytaniem o bycie intelektualistą publicznym w Polsce – mamy inteligencję, ale nie mamy moim zdaniem wielu publicznych intelektualistów. To ktoś, kto funkcjonuje między różnymi ugrupowaniami i – jak pisał sto lat temu Stanisław Brzozowski – „jest nieobciążony wpływami żadnej sekty”. To droga samego Brzozowskiego, który został właściwie zaszczuty, potem błogosławiony, ale kompletnie niezrozumiany. Mnie chodzi w „Radykalnej” o to, by nas ruszyć trochę do myślenia, do tworzenia idei. Inaczej jest nudno i jest drenaż. Serio tego chcemy?
Krzysztof Katkowski