Czas gra na niekorzyść Ukrainy. Im dalej na zachód od jej granic, tym gorzej. W Niemczech już można zauważyć zmęczenie tematem wojny; to trzeci miesiąc jej trwania. Wiadomości z ukraińskich miast i wsi nieuchronnie zaczynają ustępować miejsca innym newsom, takim które bezpośrednio dotykają niemieckiego obywatela. Choćby inflacja, która w Niemczech jest najwyższa od czterdziestu lat, a ceny będą nadal rosnąć. Odchodzenie od tanich rosyjskich nośników energii kosztuje krocie i już wszyscy wiedzą, że dodatkowo odbije się to na budżetach obywateli, zwłaszcza tych na niższych szczeblach drabiny społecznej.

To jest perspektywa, którą w najbliższym czasie będzie żył statystyczny Schmidt, a z nim media i politycy. Dlatego Lars Klingbeil szef socjaldemokratów po bolesnej przegranej SPD w wyborach lokalnych w Nadrenii Północnej - Westfalii zapowiedział korektę kursu partii. Korektę na niekorzyść Ukrainy. Diagnoza wiodącej w niemieckim rządzie partii jest taka, że SPD „za dużo zajmowała się dostawami  broni, a za mało mówiła o rosnących kosztach życia”. Oznacza to powrót partii do, sprawdzonego w zwycięskiej kampanii wyborczej 2021 r., modus operandi, czyli skupienia na sprawach socjalnych. Komunikacja z wyborcami ma się koncentrować na płacy minimalnej, pakietach osłonowych i zwalczaniu inflacji. Czyli na kwestiach, w których kanclerz Olaf Scholz znacznie lepiej się odnajduje, niż w reagowaniu na największy od dziesięcioleci kryzys w Europie, jakim jest rosyjska wojna.

SPD – partia pokoju

Zarówno upływający czas, jak i koncentracja opinii publicznej na konsekwencjach kryzysu gospodarczego (popandemicznego, jak i wojennego) sprzyjają polityce Olafa Scholza w wojnie Rosji z Ukrainą. Strategia ta, często kunktatorska, klucząca i niejasna, nie jest bowiem jedynie kwestią błędnej, czy niedostatecznej komunikacji szefa niemieckiego rządu, jak się ją często tłumaczy. To polityka świadoma, oparta na konstatacji, że w końcu nastąpi „zmęczenie materiału”, wojna się opatrzy, kryzys będzie bolesny, a Rosja nadal będzie największym sąsiadem Unii Europejskiej, z którym „trzeba się będzie jakoś ułożyć”.

Celem strategicznym Olafa Scholza jest pokój i stabilizacja w Europie. W ocenie kanclerza – dla przypomnienia, według niemieckiej Ustawy zasadniczej, wyznaczającego kierunki polityki zagranicznej RFN  - aby ten cel  osiągnąć wojna musi się zakończyć jak najszybciej, a Rosja nie może zostać formą jej zakończenia upokorzona. Konsekwencji takiej niemieckiej taktyki jest kilka.

Po pierwsze, Niemcy na czele z kanclerzem są w tej wojnie nadal głównie na misji humanitarnej, stąd i duże sumy wydawane na ten cel, i ciągłe zapowiedzi starań o jak najszybsze zawarcie pokoju lub przynajmniej zawieszenie broni. Chodzi o to, by uniknąć kolejnych ofiar, by nie ginęli ludzie. Pokój jest najważniejszy, choć szef niemieckiego rządu zaznacza, że nikt Ukraińców do jego zawarcia zmuszać nie będzie.

Po drugie, ani ten rząd ani opinia publiczna w Niemczech nie uważają, że konsekwencją wojny ma być takie „osłabienie Rosji by nie mogła więcej robić tego, co robi obecnie na Ukrainie", jak to określili Amerykanie. To dlatego Scholz używa kolejnych semantycznych wybiegów i kluczy znajdując wciąż nowe sformułowania opisu pożądanej formy zakończenia konfliktu  („Ukraina musi przetrwać”, „Putin nie może wygrać” itp.), zamiast jasno ogłosić, że celem Niemiec jest by Ukraina wygrała a Rosja przegrała tę wojnę.

Po trzecie niemieckiemu społeczeństwu przedstawiana jest przez część klasy politycznej i elit fałszywa alternatywa: przegrana Ukrainy albo eskalacja wojny. Jedynie część polityków (najczęściej to przedstawiciele Zielonych, czasem FDP i chadecji) rozumie i komunikuje , że właśnie klęska militarna Ukrainy oznacza eskalację. Nawet jeśli odwleczoną w czasie. Bo Rosja nie odpuści, a jej celem długookresowym jest rewizja architektury bezpieczeństwa w Europie.

I wreszcie po czwarte nieproporcjonalnie dużo uwagi poświęca się w debacie niemieckiej Putinowi i jego percepcji zagrożeń. W przeświadczeniu, że ich rekonstrukcja i ewentualne ustępstwa mogą doprowadzić do deeskalacji. Niemcy wierzą, że stawką jest, w najgorszym scenariuszu, sprowokowanie (sic!) Putina do rozpętania wojny nuklearnej. A co najmniej destabilizacja i rozruchy na terenach byłego Związku Radzieckiego. Ta ostatnia konsekwencja postępowania socjaldemokratów oznacza de facto, że Scholz stosuje strategię samoodstraszania. A tych, którzy strachowi nie ulegają, obraża, postponując  ich zachowanie jako nieodpowiedzialnie i dziecinne („chłopcy i dziewczęta”, tak mówił m.in. o szefach komisji parlamentarnych Bundestagu naciskających na dostawy broni dla Ukrainy i szybsze decyzje). Albo odrzucając i dezawuując ekspertyzy uznanych niemieckich naukowców podważające jego opinię o katastrofalnych skutkach wprowadzenia natychmiastowego embarga na węglowodory z Rosji.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Wybiórcza „nowa era”

Z definicji celów strategicznych Olafa Scholza wynika bezpośrednio jego decyzja o odwlekaniu i/lub utrudnianiu dostaw broni na Ukrainę. Kierowane przez niego Niemcy nie chcą dostarczać Ukrainie broni w takim zakresie, w jakim mogłyby jako jeden z największych jej producentów i eksporterów. I w jakim powinni, jako moralne (a w rzeczywistości moralizatorskie) mocarstwo, za jakie się mają. Oraz  jako lider Unii Europejskiej broniący jej wartości, o których wciąż piszą i mówią.  Brak woli politycznej do podjęcia takiej decyzji tłumaczony jest uzusem, kulturą polityczną, trudnymi procedurami i formalnościami. Takich problemów nie ma, gdy chodzi o realizację innego aspektu z zapowiedzianej „nowej ery”(Zeitenwende) w niemieckiej polityce; energetycznego zwrotu.

Wicekanclerz z ramienia Zielonych Robert Habeck i jego ludzie wykonują tytaniczną pracę, a państwo niemieckie wydaje nieprawdopodobne pieniądze, by w krótkim czasie wyplątać się z zależności energetycznej od Rosji. W trybie awaryjnym to właśnie państwo (a nie gloryfikowany do tej pory „rynek”) buduje lub wspiera budowę stacjonarnych terminali LNG i sprowadza pływające gazoporty. Zmieniane jest prawo, a Habeck jeździ po całym świecie podpisując kontrakty na dostawy gazu. Niemcy realizują to, co mają wolę przeprowadzić i gdzie zdefiniowali potrzebę naniesienia korekty dotychczasowej polityki.

W najbliższym czasie dowiemy się, w jakich innych aspektach ich polityki postanowili wprowadzić realnie zmiany. Taki test przechodzi obecnie zamiar przeznaczenia 100 mld euro na  fundusz obronny i podwyższenie wydatków na wojsko do 2% PKB. W parlamencie trwają uzgodnienia dotyczące nie tylko sposobów finasowania czy też  wpisania funduszu do Ustawy zasadniczej, ale także definicji pojęć „obrony” i „bezpieczeństwa”, czyli de facto tego, na co realnie będą wydawane te środki. Kolejnymi sprawdzianami dla anonsowanej zmiany w polityce Berlina będzie zerwanie RFN z zależnością gospodarczą od Chin (w 2021 r. wymiana handlowa osiągnęła wartość 245 mld euro i jest największa spośród wszystkich partnerów gospodarczych Niemiec, a w przypadku importu niektórych pierwiastków ziem rzadkich uzależnienie sięga 100 %). W średniej perspektywie dowiemy się także, czy zmiany dotyczyć będą deklaratywnego wzmacniania europejskiego filaru NATO w ramach inicjatywy europejskiej autonomii strategicznej w sprawach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a także odejścia od jednomyślności w głosowaniach ich dotyczących.

Jednak kluczowym papierkiem lakmusowych rewizji niemieckiej polityki będzie ich pomysł na wsparcie powojennej Ukrainy, w tym dla jej członkostwa w UE. Sądząc po deklaracjach politycznych mówiących o poparciu, ale bez „drogi na skróty”, Niemcy nie wyobrażają sobie Ukrainy w najbliższym czasie w Unii Europejskiej (a tym bardziej w NATO). Co zatem chciałyby Niemcy zaproponować Ukrainie w ramach deklarowanej z nią współpracy. Gdzie widzą jej miejsce w architekturze europejskiego bezpieczeństwa i dobrobytu? Próbował się tego bezskutecznie dowiedzieć lider opozycji i szef CDU Friedrich Merz, kierując pod adresem kanclerza Scholza między innymi wymienione pytania w debacie w Bundestagu 19 maja przed szczytem Rady UE.

„Socjalizm tak, wypaczenia nie”

Aby jednak doszło do realnej rewizji dotychczasowej niemieckiej polityki, priorytetowe powinno być samorozlicznie się Niemców ze strategicznej ignorancji ich postępowania wobec Rosji. Takie rozliczenie włączające pociągnięcie do odpowiedzialności winnych za błędy polityczne będzie bardzo trudne ponieważ w ich popełnianiu aktywna była prawie cała klasa polityczna a nie tylko SPD, którą obarcza się nimi w największym stopniu. Niemcy musieliby przyznać i uznać, że mylili się fundamentalnie co do kilku kluczowych aspektów swoich polityk; obronnej i bezpieczeństwa, energetycznej, wobec Rosji oraz w ogóle w polityce wschodnioeuropejskiej. To tak trudne, że można założyć, że prawdziwej rozprawy z niemiecką polityką wschodnią, czyli Russlandpolitikbewältigung, czegoś na miarę rozliczenia z historią Niemiec dwudziestego wieku, nie będzie.

Po pierwszym szoku, obudzeniu się w „innych świecie”, jak powiedziała minister Annalena Baerbock i chwilowym pokajaniu się za błędy, Niemcy już próbują przejść do ofensywy w odzyskaniu pola interpretacyjnego. W niemieckim dyskursie pojawia się już narracja, która zacznie z czasem dominować, iż polityka zagraniczna i gospodarcza opierająca się na imporcie tanich surowców z Rosji była w gruncie rzeczy poprawna i miała kluczowe znaczenie dla zdobycia dominującej pozycji gospodarczej Niemiec. Jedynym jej błędem i wypaczeniem, nota bene naprawianym obecnie, była zbytnia ufność wobec Putina i niezabezpieczenie innych źródeł i tras dostaw. W takiej interpretacji decyzja o budowie obu nitek gazociągu Nord Stream okaże się słuszna, jedyne czego zabrakło, to jednoczesna budowa gazoportów do sprowadzania LNG. Ergo, po uspokojeniu sytuacji gazociąg będzie mógł być nadal używany, tym bardziej , że niezależne energetycznie Niemcy będą odporne na rosyjskie szantaże. Podobnie zarzut o nieprzygotowanie państwa na agresywną politykę dyktatur takich jak Rosja i Chiny będzie zbijany argumentem o aktywnym udziale Niemiec w wieloletnich już przygotowaniach do uzyskania przez Unię Europejską „autonomii strategicznej” w celu uczynienia z niej gracza zdolnego do globalnej rywalizacji. Dyskusja będzie przekierowywana z uzależnienia od Rosji i Chin na newralgiczny argument o potrzebie zmian traktatów i np. wprowadzeniu głosowania większościowego w sprawach polityki bezpieczeństwa i zagranicznej. Na koniec rychło pojawią się wywody, że zarzuty USA a zwłaszcza państw wschodniej flanki wobec Niemiec oraz ich polityka wobec Rosji nie były tak przemyślane i rozsądne, jak się to (chwilowo) przedstawia. I będzie można wrócić na bezpieczne, bo znane, stare tory.

W dłuższej perspektywie dylemat, przed którym staje polityka niemiecka można sprowadzić symbolicznie do wyboru drogi Scholza lub drogi Habecka. Ta pierwsza polega na kontynuacji dotychczasowej niemieckiej polityki z niewielkimi korektami,  ta druga to odważne ale i ryzykowne odrzucenie strategii na przeczekanie i próba objęcia pozycji lidera. Tym razem lidera zmian, a nie szefa wszystkich obrońców status quo.  Na drodze a’ la Scholz będzie więcej gry na przeczekanie, więcej   polityki sowohl als auch, więcej politycznego buksowania i zastoju. Ale i więcej pozornego spokoju i stabilizacji. Utratę wiarygodności zwłaszcza u Ukraińców i sojuszników na wschodniej flance spowodowaną taką polityką Niemcy spróbują załatać przy odbudowie Ukrainy stosując znaną i skuteczną politykę książeczki czekowej. Droga Habecka oznaczałaby porzucenie wygodnego balansowania i zdecydowane opowiedzenie się, czy to po stronie Ukrainy, czy praw człowieka łamanych w Chinach. Naraziłoby to Niemcy na konflikty z dyktaturami, od których są uzależnieni gospodarczo i być może boleśniejszy proces odchodzenia od tej zależności. Jeśli jednak proces ten Niemcy zdefiniują jako nieunikniony, to zmierzenie się z wyzwaniem zmiany modelu gospodarczego w wyniku kryzysu globalizacji i tak będzie nieuchronne. Może lepiej zrobić to zachowując twarz i wpływając na przebieg procesu.  Zmieniły się fakty i, w Niemczech, to Zieloni najszybciej zrozumieli, że trzeba zmienić zdanie.

Anna Kwiatkowska jest doktorem nauk społecznych w zakresie nauk o polityce. Od 2005 r. w Ośrodku Studiów Wschodnich, gdzie założyła i kieruje działem niemieckim