W ten sposób wprowadził do polskiej debaty publicznej kolejne obraźliwe określenie. Kaczyńskiego oskarżano już o nekrofilię, teraz doszedł zarzut pedofilii.

Gdyby sprawa w ogóle była śmieszna, można by żartować, że profesor Nałęcz pomylił pedofilię z gerontofilią, skoro uważa, że pedofilią było mówienie do młodych, tak jakby przemawiał do starców. Ale słowa doradcy głowy państwa nie są śmieszne, przeciwnie - budzą niesmak. I powinny budzić sprzeciw.

PiS jest partą oskarżaną często o posługiwanie się brutalnym językiem. I często słusznie. Jarosław Kaczyński nie jest niewinnym barankiem, potrafi grać nie fair i mówić rzeczy ostre.

Problem w tym, że po raz kolejny wobec PiS-u przeciwnicy polityczni z obozu rządzącej PO, która oskarża PiS o brutalizację polskiej polityki, posługują się językiem brutalnym i agresywnym.

Można krytykować przemówienie Kaczyńskiego, można krytykować program dla młodych. Ale Nałęczowi nie zależało na krytyce. On chciał dotkliwie i obrzydliwie obrazić politycznego oponenta. Zarzut pedofilii ma w naszej kulturze moc rażenia porównywalną z oskarżeniem o antysemityzm. Posługiwanie się nim w bieżącej wojnie politycznej jeszcze bardziej obniża i tak niski poziom publicznej debaty.

Sprawa jest tym przykrzejsza, że to kolejne brutalne zagranie płynące z otoczenia prezydenta Bronisława Komorowskiego. Dwa miesiące temu inny jego doradca, prof. Roman Kuźniar wysyłał Jarosława Kaczyńskiego do piekła.

Prezydent w przemówieniu z okazji 3 maja słusznie apelował o to, by w politycznej wojnie nie zniżać się do obrażania polskiego państwa ani symboli. Szef największej partii opozycyjnej jest częścią tego państwa. Oskarżając go o pedofilię doradca prezydenta albo sprzeniewierza się wezwaniu swego pryncypała, albo też, co byłoby jeszcze gorsze, daje świadectwo stosowania podwójnych standardów: szanować macie wy nas, ale my was już nie musimy.