Emmanuel Macron jest takim samym populistą jak Marine Le Pen, Donald Trump i Viktor Orbán. Tak przynajmniej powinni przedstawiać go ci, którzy szafują tym określeniem. Wybiera sobie postulaty z programów lewicowych i prawicowych niczym przy szwedzkim stole, a bez konkretnego programu zmobilizował wokół siebie przedziwny masowy ruch. Co zaś najważniejsze, podobnie jak Trump pozuje na polityka spoza establishmentu i potrafi sprzedać ten wizerunek wyborcom zawiedzionym starymi elitami.

Mimo to populista Macron przedstawiany jest często jako polityk poważny, przewidywalny i wiarygodny, w przeciwieństwie do Le Pen – skrajnie prawicowej dziwaczki. A przecież Macron jest jej antytezą, w tym sensie, że jeśli Le Pen jest skrajna w jedną stronę, to on jest radykalny w drugą, w zasadzie pod każdym względem. I tak jak Le Pen niewiele ma wspólnego z prawicą (cytuje choćby Marksa i Lenina na wiecach wyborczych), tak lewicowość Macrona wynika raczej z myślenia życzeniowego ludzi pogubionych w dzisiejszych politycznych podziałach.

Gdyby próbować na siłę podporządkować kandydatów na prezydenta Francji pod XIX-wieczne standardy, minimalnie bliższe prawdy byłoby wręcz zaliczenie Macrona z jego elitarystycznymi postulatami do prawicy, a wrażliwej społecznie Le Pen jednak do socjalistów.

Tylko że takie kalki mocno zaburzają nam ogląd politycznej rzeczywistości. Zaburzają zresztą od lat, bo od dawna nie ma już świata, którego chciałby Janusz Korwin-Mikke, z wolnorynkową, tradycjonalistyczną i narodową prawicą oraz socjalistyczną, frywolną obyczajowo i internacjonalistyczną lewicą. Ale do niedawna ugrupowania, które przecież wyewoluowały z tradycyjnych partii masowych, nawiązywały jednak do starego ładu chociażby symboliką (nazwami, hasłami, odniesieniami), wiedząc, że wyborcy potrzebują zrozumiałych dla siebie podziałów. Dziś nowi politycy, jak Le Pen czy Macron, definitywnie zrywają ze starym światem, grzebią jego symbolikę i otwierają nowe pola sporów. Wyborcy z jednej strony tej zmiany oczekują, bo świat się zmienił, z drugiej wciąż instynktownie próbują nakładać na politykę XIX-wieczne kalki, by jakoś się w niej połapać.

Problem w tym, że jeśli nazwiemy Marine Le Pen „skrajnie prawicową", to nie zrozumiemy, dlaczego jest jej tak blisko do komunistów (notabene, nie jest ona wcale narodową socjalistką, to również kalka). Nie wszyscy rozumieją też, dlaczego skrajnie lewicowy Jean-Luc Mélenchon tak zacięcie atakuje lewicowego Macrona, a nie Le Pen. Bo o ile Partia Lewicy Mélenchona na osi prawica-lewica odnajduje się doskonale, o tyle nowocześni politycy, jak Le Pen i Macron, obracają się w zupełnie innych wymiarach.

Do tej pory „poważni" i „wiarygodni" byli jedynie ci politycy, którzy proponowali tradycyjne i sprawdzone rozwiązania, a wszystko, co nowe, co lepiej odpowiada na potrzeby współczesności, wrzucano do worka „populizmu". Skoro tak Le Pen, jak i Macron nie pasują do starych podziałów, dlaczego lewicowo-liberalne elity łatkę populisty przypinają jedynie tej pierwszej?

Stary establishment w tych wyborach pozostał bez bohatera ze swojej bajki, ale w starciu z Szatanem lepenizmu gorąco popiera mniejsze zło. Jasne jest, że znacznie bliżej jest mu do nowoczesnego globalizmu niż nowoczesnego lokalizmu. Pytanie tylko, czy lewicowo-liberalne elity rzeczywiście będą potrafiły przestawić się na tory nowej masowej polityki. Czy zrozumieją, że świat ich bohaterów już przeminął, i z przekonaniem postawią na nowego konia. Bo jeśli Macron okaże się jednak zbyt rewolucyjny dla starego ładu, to szybko dowiemy się, że „ostatnia nadzieja Francji" jest jednak populistą.