Nikt z tego nie ma pożytku: ani operator, bo płacę mu ryczałtem za miesiąc, ani dostawca prądu, ani ja, bo jakbym chciał wyłączyć, tobym wyłączył. Nawet sąsiadom to nie na rękę, bo wystarczy, że pogłośnię, i znowu mam cztery godziny wolnego.
Rozmawiałem o tym z moją córką, która powiedziała mi rezolutnie: „Przecież możesz tę usługę wyłączyć". I tu się z moją rezolutną córką nie zgadzam. Coś takiego mogę sobie ewentualnie włączyć, ale w standardzie to jest kompletnie bez sensu. Każdy może zamówić strzyżenie psa w domu, ale jeśli co cztery godziny ktoś będzie pukał do drzwi z pytaniem, czy przypadkiem nie trzeba ostrzyc psa, to już przy drugim pukaniu dojdziemy do wniosku, że mamy do czynienia ze świrem.
Poza tym usługa to jest z definicji coś, z czego mi wolno nie korzystać. Ale jeśli przyjdzie pan z administracji i powie: „Pan już cztery godziny nie korzystał z windy, więc ją panu wyłączamy", to już nie jest żadna usługa, tylko szantaż. No i skąd akurat te cztery godziny, a nie dwie i pół, albo 12? W czyjej głowie to się lęgnie i po co?
Otóż podejrzewam, że chodzi o... premie. W każdej korporacji szefowie działów muszą co jakiś czas na tak zwanym zarządzie wykazać się nowymi pomysłami, bo inaczej nie zobaczą premii albo zobaczą wymówienie. Więc gdy przychodzi termin, zespół naciskany przez bossa wysmaża jakiś projekt.
„– No więc, szefie... mamy taką koncepcję, że jak użytkownik nie grzebie w pilocie, to mu po czterech godzinach wyłączamy wizję...
– Ale po co?
– No wie szef, to innowacyjne jest... Może też trochę eko, to zawsze się liczy...
– A dlaczego akurat po czterech?
– Ja osobiście proponowałem po ośmiu, Anita po pięciu, Damian po dwóch. Więc policzyliśmy z grubsza średnią i wyszło cztery...
– No, dobra, spróbuję to wcisnąć".
I szef działu idzie z tym na zarząd: „Panie prezesie, opracowaliśmy w moim dziale koncepcję, żeby ludziom po czterech godzinach wyłączać wizję.
– Ale po co?
– No, prezesie, był inwent, był resercz, był konfirm na testach, więc czemu nie?
– A dlaczego akurat po czterech?
– To jest precyzyjnie wyliczone. Oprogramowaliśmy symulację i nie chce wyjść inaczej. Zresztą mogę zarządzić prezentację...
– NIE! Kolego! Prezentację niekoniecznie!". Bo prezes ma już w bagażniku kije do golfa i niczego bardziej nie pragnie, niż żeby to spotkanie się jak najszybciej skończyło. Więc niewiele myśląc, a dokładniej wcale, decyduje: „OK, klepnięte".
No to klepnięte.
W głowę.