I tak oto ustawa wdrażająca unijny SAFE – instrument mający wzmacniać europejskie zdolności obronne – stała się kolejnym elementem krajowej szopki politycznej. Zamiast poważnej debaty o bezpieczeństwie i finansowaniu zbrojeń dostaliśmy festiwal podejrzeń, insynuacji i retorycznych figur.
Samo słowo „SAFE” miało potencjał. Miało oznaczać bezpieczeństwo, stabilność, wspólne działanie. Ale w polskiej debacie szybko zostało przekształcone w symbol zagrożenia. Sejf okazał się podejrzany, a bezpieczeństwo – nie do końca bezpieczne.
Już na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego pojawiły się argumenty, że SAFE to w istocie narzędzie podporządkowania Polski niemieckim interesom. Logika była prosta: jeśli program jest europejski, to najwięcej zyskują Niemcy. Logika idealna. Nieweryfikowalna. A więc taka, której nic nie grozi.
Gdy pojawiły się liczby pokazujące, że udział Niemiec to ułamek procenta, natychmiast zmieniono temat. Bezpieczeństwo ustąpiło miejsca opowieści o drogim kredycie.
Gdy ekonomiści policzyli i pokazali, że 3 proc. w euro to niższy koszt finansowania niż 5-6 proc. w złotych, straszenie drogim SAFE zaczęło tracić impet. Wtedy na scenę wkroczył prezes NBP, ruszając z odsieczą prezydentowi.