Reklama

Gdy wybuchł kryzys na Bliskim Wschodzie UE zajmowała się Industrial Accelerator Act

Jeśli Unia Europejska nie zrozumie, że w 2026 r. czas mierzy się przelotem rakiet, a nie cyklami legislacyjnymi, to Akt o Przyspieszeniu Przemysłowym przejdzie do historii jako elegancko spisany nekrolog europejskiej potęgi gospodarczej.
Siedziba Komisji Europejskiej. Polska prezydencja przypadnie na początek nowej kadencji prac KE

Siedziba Komisji Europejskiej. Polska prezydencja przypadnie na początek nowej kadencji prac KE

Foto: Adobe Stock

Geopolityka znów zderzyła się z biurokratyczną maszynerią Brukseli. Podczas gdy na Bliskim Wschodzie połączone siły USA i Izraela uderzyły w serce irańskiej infrastruktury, grzebiąc pod gruzami nie tylko najwyższego przywódcę Alego Chameneiego, ale i dotychczasowe paradygmaty bezpieczeństwa, Unia Europejska zajmowała się publikacją Aktu o Przyspieszeniu Przemysłowym (Industrial Accelerator Act – IAA).

Ów zbieg wydarzeń przypomina, że unijna struktura powstała nie po to, aby brać udział w światowym wyścigu o konkurencyjność, ale by zapobiegać wojnom w Europie. Wojny jednak się toczą, a świat reaguje na nie w skali godzin. W tym samym czasie kolejna europejska strategia przyspieszenia przemysłu postuluje cyfryzację urzędów zamiast realnych inwestycji.

Czytaj więcej

KE przedstawiła Industrial Accelerator Act. „Made in Europe” ocali 600 tys. etatów?

Stada czarnych łabędzi

Atak na Iran to klasyczny czarny łabędź. W kilka dni podważył fundamenty europejskiej strategii dekarbonizacji, która w fazie przejściowej jest niezwykle wrażliwa na koszty energii. Blokada Cieśniny Ormuz wywołała na rynkach surowcowych wstrząs, jakiego nie widzieliśmy od lat. Cena ropy Brent skoczyła o 13 proc. w dobę, a widmo baryłki za 140 dol. stało się realnym zagrożeniem dla rentowności europejskiego przemysłu (BloombergNEF szacował już wcześniej, że całkowite odcięcie eksportu z Iranu może wywindować ceny do 91 dol. za baryłkę w IV kwartale 2026 r.). Z  krajów UE najbardziej od bliskowschodniego kierunku zależna jest Polska – importujemy z Arabii Saudyjskiej ok. 52 proc. ropy.

Na nowej wojnie zyskuje niestety Rosja. Oficjalnie potępia eskalację, jednak z satysfakcją obserwuje, jak uwaga Zachodu przesuwa się na południe, dając Kremlowi oddech na froncie ukraińskim. Moskwa może zyskać na wojnie jeszcze więcej – wzrost cen ropy i gazu spowoduje, że znajdzie się więcej chętnych na rosyjskie surowce. Ukłony wobec Kremla widzimy w USA, które zniosły sankcje na Łukoil (jeszcze w grudniu 2025 r.), uchyliły częściowo sankcje na niemiecką spółkę Rosnieftu (na prośbę Niemiec), a także dały Indiom możliwość zakupu rosyjskiej ropy.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Ropa może wystrzelić do 140 dolarów. Widmo recesji wraca

USA ponadto mogą zyskać na wzroście cen ropy i gazu, na który najpewniej znajdą nowych odbiorców, również w Europie. Tymczasem europejskie arterie handlowe zamierają. Giganci tacy jak Maersk wstrzymują operacje, a Europa, próbując wdrażać ambitne reformy, czyni to w warunkach ekstremalnej niepewności. 

Paradoks deregulacji

Odpowiedzią Komisji Europejskiej na wyzwania globalnej konkurencyjności ma być wspomniany już IAA. Cel obrany w dokumencie jest ambitny: zwiększenie udziału przemysłu w PKB z obecnych 14,3 proc. do 20 proc. w ciągu dekady. Jednak diabeł, jak zwykle, tkwi w regulacyjnych szczegółach. UE wpadła w pułapkę, którą można nazwać paradoksem deregulacji. Aby uprościć procedury, które dziś mrożą inwestycje na lata, Unia tworzy kolejne warstwy biurokracji.

Czytaj więcej

Joanna Pandera: Czeka nas wojna o przemysł

Cyfryzacja i one-stop-shop mają teoretycznie skrócić czas wydawania koniecznych w procesie inwestycyjnym pozwoleń do 45 dni. Sukces tych działań zależy jednak od sprawności państw członkowskich, a ta pozostawia wiele do życzenia. Przykład Polski, która na początku 2026 r. nie zdążyła z wdrożeniem obszarów przyspieszonego rozwoju OZE, jest wręcz symboliczny. Istnieje realne ryzyko, że IAA zamiast być paliwem dla transformacji, stanie się jej hamulcem – realne projekty utkną w fazie sporów kompetencyjnych między stolicami a Brukselą.

Strategiczna ślepota i finansowa pustynia

Innym filarem nowej strategii jest kreowanie popytu na zielone produkty poprzez zamówienia publiczne. To szlachetna idea, która jednak pomija istotne fakty. Sam popyt nie tworzy konkurencyjnej podaży. Bruksela pod presją globalnego handlu dopuściła bardzo szeroką definicję unijnego pochodzenia. Unijne przepisy przyznają ten status również produktom z państw objętych umowami o wolnym handlu, co przy znacznie niższych kosztach pracy w Azji pozwala tamtejszym firmom oferować ceny nieosiągalne dla europejskich producentów. W praktyce oznacza to, że pieniądze europejskich podatników mogą de facto finansować import z Indii, Wietnamu czy Korei Południowej.

Reklama
Reklama

Szczególnie dotkliwie odczuje to sektor stalowy. Rezygnacja z twardych wymogów pochodzenia unijnego na rzecz miękkich kryteriów emisyjnych niesie ryzyko, że Europa sfinansuje modernizację przemysłu u konkurentów, podczas gdy europejskie zakłady będą zamykane z powodu wysokich kosztów operacyjnych.

Skończyły się proste przewagi konkurencyjne, a przyszły wzrost Polski nie będzie budowany przez unijne fundusze, tylko przez krajowe zwiększenie produktywności i budowę własnych kompetencji technologicznych. Do tego potrzebujemy silnego rynku kapitałowego

Ten sam brak konsekwencji widać w podejściu do inwestycji zagranicznych. Bruksela skupia się niemal wyłącznie na blokowaniu kapitału z Chin i lekceważy fakt, że dziś to subsydia z Indii czy Wietnamu są większym zagrożeniem dla europejskiej chemii i hutnictwa. Ignorowanie tych powiązań czyni unijną strategię niekompletną i ryzykowną – szczególnie w kontekście dostępu Państwa Środka do surowców krytycznych. 

Wszystko to zderza się z ekonomiczną rzeczywistością. Unijny budżet na lata 2028–2034 ulega znacznym przeobrażeniom. Kluczowe dla Polski powinny być więc kryteria przydzielania środków z nowego Europejskiego Funduszu Konkurencyjności oraz zaangażowanie szerokiego grona interesariuszy w tworzenie Krajowych i Regionalnych Planów Partnerstwa, tak aby jak najlepiej odpowiadały rzeczywistym potrzebom gospodarki.

Architektura finansowania w Polsce musi jednak ulec całkowitej przemianie. Skończyły się proste przewagi konkurencyjne, a przyszły wzrost Polski nie będzie budowany przez unijne fundusze, tylko przez krajowe zwiększenie produktywności i budowę własnych kompetencji technologicznych. Do tego potrzebujemy silnego rynku kapitałowego. W przeciwnym razie Polska ryzykuje transformacją na papierze, w której procedury będą szybsze, ale fabryki i tak nie powstaną, bo rachunek ekonomiczny w dobie szoku energetycznego po prostu się nie domknie.

Jeśli UE nie zrozumie, że w 2026 r. czas mierzy się przelotem rakiet, a nie cyklami legislacyjnymi, Akt o Przyspieszeniu Przemysłowym przejdzie do historii jako elegancko spisany nekrolog europejskiej potęgi gospodarczej. Suwerenność, która nie ma fundamentu w twardym przemyśle i stabilnym finansowaniu, jest tylko iluzją.

Reklama
Reklama
O autorze

Tomasz Czech

Lider Projektu Zrównoważone Finanse w Fundacji Instrat



 

 

Reklama
Reklama
Opinie Ekonomiczne
Eksperci: Iran, LNG i polska transformacja energetyczna – czego uczy nas nowy kryzys?
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Opinie Ekonomiczne
Bogusław Chrabota: Kredyty na zbrojenia to inwestycje!
Opinie Ekonomiczne
Jak wojna Trumpa zahamowała wypas w Cannes
Opinie Ekonomiczne
Marek Kutarba: Prezydent zdrajcą nie jest, ale na wecie straci
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama