Wszyscy się zgadzamy, że nadmierna inflacja to ekonomiczne zło. Wzrost cen, który powoduje istotny spadek siły nabywczej pieniądza, godzi też w bank centralny, którego szczególną troską jest dbałość o wartość pieniądza. Zatem gdy inflacja „dobiera się do naszych portfeli”, pojawia się wiele publikacji, które alarmistycznym tonem reagują na to zjawisko. Problem jednak w tym, że na ogół nie rozumie się kwestii zasadniczej: różnicy między zjawiskiem a jego miarą i myli się te dwa pojęcia. W przypadku utytułowanych uczonych jest to zasadniczy błąd metodologiczny.

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że inflacja to szczególne zjawisko, będące procesem wzrostu cen. Podstawową, bezpośrednią jej przyczyną jest zwykle – i także w naszym przypadku – wzrost kosztów przedsiębiorców, który wynika głównie z przyczyn zewnętrznych, np. – i tak jest w naszym przypadku – ze wzrostu cen paliw i innych nośników energii, surowców i półproduktów. Przyczyną może być też wzrost płac, który rozkręca tzw. spiralę płacowo cenową. Istotnym czynnikiem może być też deprecjacja własnej waluty, o skomplikowanych uwarunkowaniach zarówno wewnętrznych, jak i powiązanych z tym, co dzieje się na międzynarodowych rynkach finansowych. Powoduje ona bezpośredni wzrost cen wszystkich dóbr importowanych, a znaczna część kosztów wytwarzania jest silnie uzależniona od importu. Ale inflacja może być też powodowana przez nieoczekiwane zdarzenia takie jak napaść Rosji na Ukrainę –przyjęło się nazywać takie zdarzenia „czarnymi łabędziami”. Powodują one, że wszelkie prognozy stają się bezużyteczne.

Proces to ciąg następujących po sobie drobnych zmian zachodzących w krótkich okresach. Proces zmian cen jest mierzony za pomocą wskaźników inflacji przez podzielenie aktualnej wartości określonego koszyka dóbr przez wartość tego samego koszyka w okresie wcześniejszym, który określa się jako „bazę” pomiaru. Bazą jest wartość koszyka w analogicznym miesiącu poprzedniego roku. W ten sposób otrzymujemy co miesiąc roczne wskaźniki inflacji określane jako r/r (rok do roku).

Wskaźnik inflacji mierzy skumulowane skutki zmian, jakie miały miejsce w ciągu roku, a mogły to być zmiany zarówno o charakterze inflacyjnym, jak i deflacyjnym, wskaźnik jest swego rodzaju „wypadkową” trwającego przez rok procesu. Np. w lutym br., wskaźnik inflacji wyniósł 108,5 proc. podczas gdy w styczniu było 109,4 proc. Po odjęciu 100 mamy to, co nazywane jest inflacją: 8,5 proc. i 9,4 proc. – to procentowy przyrost średniej ceny koszyka dóbr w ciągu roku. Niezbyt kompetentni mądrale, komentatorzy - co żenujące, także z tytułami profesorskimi - podnieśli larum, że „ inflacja co prawda spadła, ale nadal utrzymuje się na wysokim poziomie”, a niektórzy lamentowali, że „w lutym ceny wzrosły o 8,5 proc.”. Oczywiście takie twierdzenia to nonsens, bo w lutym ceny nie wzrosły lecz spadły, nie było inflacji lecz deflacja. O tym, jak przebiega proces inflacji, mówi bowiem wskaźnik, w którym bazą jest poprzedni miesiąc, określany jako m/m. Ten wskaźnik w lutym wyniósł 99,7 proc., co oznacza deflację -0,3 proc., podczas gdy w styczniu w stosunku do grudnia poprzedniego roku było 1,9 proc. A więc ceny spadły – i stało się to po raz pierwszy od sierpnia 2020 r. Mieliśmy więc podstawy do oczekiwań stabilizacji cen – co prawda na podwyższonym poziomie, ale już przestały rosnąć, inflacja wygasła.

Jak kiedyś pokazywałem, przy stabilnych cenach, czyli braku inflacji, wartość wskaźnika rocznego będzie zależała od tego, co działo się rok wcześniej. Gdybyśmy chcieli, by teraz inflacja spadła do zera, to po prostu ceny musiałyby wrócić do poziomu sprzed roku, a w obecnych warunkach nie jest to możliwe, bo kształtuje je rynek międzynarodowy, który wywindował koszty energii i dóbr zaopatrzeniowych na wyższy poziom. Zmiany cen w dół (deflacyjne), to złożony, trudny proces; na większą skalę w krótkim okresie są niemożliwe i mogą być dla gospodarki szkodliwe (bo deflacja oznacza spadek przychodów przedsiębiorców, którzy wcześniej ponieśli koszty przy wyższym poziomie cen). W każdym razie, zmiany cen są niesymetryczne, bo łatwiej zmieniają się w górę niż w dół.

Ta zarysowana w lutym tendencja do stabilizacji cen jednak się nie utrzymała, bowiem w marcu wskaźnik miesięczny gwałtownie podskoczył do 103,2 proc., co oznaczało wysoką miesięczną inflację 3,2 proc. (informacją o poziomie cen w marcu dysponowała już RPP na posiedzeniu kwietniowym, w którym niżej podpisany już nie uczestniczył). W rezultacie wskaźnik roczny wskazał roczne skutki inflacji jako przyrost cen na poziomie średnio 10,9 proc. Mamy zatem podstawy sądzić, że w tym momencie inflacja była – i jest – konsekwencją napaści Rosji na Ukrainę i spowodowanych tym zaburzeń na rynkach i wzrostów cen. W każdym razie nie jest wywołana przez czynniki wewnętrzne i w żadnym razie przez działania banku centralnego. Atakowanie w tym momencie banku centralnego świadczy o niekompetencji albo jest wynikiem złej woli.

Podstawowy wniosek, jaki z tego wynika jest taki, że bank centralny powinien reagować przede wszystkim na proces, a nie na powszechnie stosowaną roczną miarę skutków inflacji odzwierciedlonych w rocznym wskaźniku CPI czy tzw. inflacji bazowej, która odzwierciedla roczne zmiany cen tylko części koszyka dóbr i usług, a nad którą rozwodził się – niepotrzebnie – wybitny skądinąd profesor z Krakowa. A jedyną informacją jaką mamy o przebiegu inflacji jako procesu, są wskaźniki m/m.

Widzimy zatem, że publicyści i uczeni komentujący problem inflacji i działania banku centralnego powinni po pierwsze zrozumieć różnicę między zjawiskiem a miarą rocznych skutków tego zjawiska. Po drugie zaś, powinni zrozumieć, że bank centralny nie dysponuje czarodziejską różdżką, którą mógłby „kontrolować inflację”.

Jest kwestią podstawowej kompetencji ekonomicznej zrozumienie, że bank centralny nie ma wpływu na proces inflacji, gdy jest ona wywołana przez zewnętrzne czynniki (tzw. podażowe szoki zewnętrzne) powodujące wzrost kosztów. On poprzez decyzje o wysokości swoich stóp procentowych wpływa na rynek pieniężny – i też tylko pośrednio. Bezpośrednio stopy te oddziałują na rynek międzybankowy. O rynkowych stopach procentowych decydują natomiast same banki, które najbardziej realnie oceniają sytuację w tym segmencie rynku pieniężnego, w którym działają. One najlepiej orientują się, co dzieje się z kreowaniem oszczędności i jaki jest popyt na kredyt przy określonym poziomie stóp dla depozytów i dla kredytów.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

W ostatnich latach mamy do czynienia z sytuacją szczególną. Oto depozyty generalnie rosły w tempie wyższym niż kredyty, popyt na kredyt był dość słaby, wręcz mizerny, nawet wtedy, gdy bank centralny drastycznie obniżył stopę referencyjną – choć nie całkiem do zera, jak w UE i innych krajach; no ale to był szczególny stan pandemii.

Tak więc zanim zacznie się mędrkować o polityce banku centralnego, to trzeba popatrzeć na sytuację na rynku pieniężnym. Widzimy, że bank centralny może w miarę skutecznie wpływać na inflację – i to tylko pośrednio – wtedy, gdy jest ona wywołana przez nadmierny popyt wynikający z rozbuchanej akcji kredytowej. Ekspansja kredytów, to rosnące dochody tych, którzy są kredytem finansowani, a wynikający z tego popyt może stać się przyczyną inflacji przede wszystkim wtedy, gdy gospodarka jest blisko pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych. Ekonomiści określają to jako „przegrzanie gospodarki”. Bank centralny podwyższając swoje stopy procentowe wpływa na rynkowe stopy kredytowe, studzi nadmierny popyt na kredyt, dzięki czemu może „schłodzić gospodarkę” i w jakimś stopniu stłumić inflację.

My jednak nie mamy takiej sytuacji, stosunkowo wysoki popyt na kredyty hipoteczne nie jest przyczyną inflacji z prostego powodu: nie jest to tak wielka masa pieniędzy, deweloperka to jednak stosunkowo niewielki fragment gospodarki. Co jest natomiast istotne, od lat mamy sytuację nadpłynności sektora bankowego, banki „duszą się” od gotówki ulokowanej na depozytach – co prawda raczej bieżących a nie terminowych, ale jest to pieniądz, który trudno uaktywnić w kredytach z powodu słabego popytu na finansowanie działalności przez zadłużanie się w bankach. Chcielibyśmy, aby przedsiębiorstwa więcej inwestowały, by powiększały moce produkcyjne, bo na tym wspiera się stabilny wzrost gospodarczy. Tak się jednak nie dzieje, bo finansują się ze środków własnych, kredytują się za granicą lub w ramach powiązań biznesowych u swych zagranicznych partnerów czy nadrzędnych korporacji – to odbijają się czkawką skutki błędnej polityki prywatyzacyjnej w latach 90. i na początku tego wieku. Zapotrzebowaniu na kredyt na krajowym rynku pieniężnym nie sprzyja też łagodna wobec przedsiębiorstw polityka podatkowa. Zatem z pewnością to nie na rynku pieniężnym znajduje się przyczyna inflacji.

Druga istotna kwestia ekonomiczna, którą bank musi uwzględniać, to efekty w relacjach z zagranicą, a więc skutki kursowe. Pomimo że oddziaływanie stopami procentowymi na rynek pieniężny nie stłumi inflacji, bo nie tam jest jej źródło, to podwyższenie stóp procentowych może zredukować nadmierne osłabienie złotego. Deprecjacja pieniądza w relacji to walut zagranicznych powoduje podrożenie dóbr importowanych, zatem bank centralny podwyższając stopy procentowe w pewnym stopniu redukuje ten komponent presji inflacyjnej.

Jest jednak jeszcze jeden element mający szczególny wpływ na presję inflacyjną: to informacja i związane z nią oczekiwania – to coś, co ma bardziej psychologiczny niż ekonomiczny charakter. Wspomniani publicyści i niezbyt rozważni uczeni, a przede wszystkim niektórzy politycy, bardzo intensywnie poprzez swe wypowiedzi nakręcają oczekiwania inflacyjne. Jeżeli nie rozumie się inflacji jako procesu i myli się zjawisko z jego miarą, to podawana błędna informacja zaczyna żyć własnym życiem i staje się samospełniającą prognozą. Gdy mówi się, że jest inflacja, ważni politycy – a niektórzy mogą cieszyć się u części społeczeństwa autorytetem – głoszą w mediach, że ceny rosną i na pewno będą jeszcze bardziej, a bank centralny jakoby nie podejmuje działań, które temu mogą zapobiec, to zaczyna to nakręcać spiralę cenowo płacową, która może stać samoistnym mechanizmem napędzającym proces wzrostu cen.

Oczywiście nie ma żadnych podstaw, zero argumentów merytorycznych – bo jakież może mieć argumenty ktoś o zerowym rozumieniu problemu – że bank centralny zareagował za późno, albo że jego reakcja była nadmierna. Ale powtarzane błędne twierdzenia stają się jednym z czynników motywujących przedsiębiorców do podwyższania cen nawet jeśli nie całkiem jest to konieczne ze względów czysto ekonomicznych. Jest to swoiste kuszenie inflacji, można powiedzieć nasza „spécialité de la maison” – maison politique. Zajmują się tym nawet członkowie dawniejszych RPP, którzy nie za bardzo rozumiejąc z czym mają do czynienia kuszą inflację plotąc głupstwa. Zarówno na jej temat, jak i o polityce banku centralnego. Oczywiście członkowie aktualnie urzędującej RPP powinni być szczególnie powściągliwi w wypowiadaniu opinii, nakręcanie oczekiwań inflacyjnych z ich strony byłoby czymś haniebnym, ale uważam, że także byli, historyczni współtwórcy polityki pieniężnej też powinni trzymać języki na wodzy i bardzo ostrożnie formułować opinie.

Prof. Jerzy Żyżyński był członkiem Rady Polityki Pieniężnej w latach 2016–2022

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.