Chcąc skrótowo nazwać podejście do finansów publicznych dominujące w ostatnich latach, śmiało można by użyć pojęcia „przechyłu rozdawniczo-redystrybucyjnego”. Ten rodzaj myślenia skupia się na stronie wydatkowej budżetu państwa, na zmianie kierunków dystrybucji istniejących strumieni oraz generowaniu nowych - niewiele refleksji poświęcając stronie dochodowej i podstawowej trosce o nią oraz o jej dostarczycieli. Częścią tego podejścia wydaje się być przekonanie, że jeśli cele są słuszne, to dobór instrumentów i ocena relacji kosztów podejmowanych działań względem ich efektów ma niewielkie znaczenie. Trzecim elementem jest duża łatwość zwiększania zadłużenia publicznego. Kiedy okazuje się, że bieżących dochodów nie wystarcza na coraz to nowe programy wydatkowe, „po prostu” generuje się zadłużenie. Sam fakt „rozdawnictwa” jest pewną oczywistością, mniej oczywista jest jego skala oraz poziom nieefektywności generowanych wydatków oraz ryzyka inflacyjne oraz dla finansów publicznych, jakie generuje.

Wyzwanie demografii a program „Rodzina 500+”

Podejście rozdawniczo-redystrybucyjne zakłada, że „na słuszne wydatki pieniądze się znajdą”, zaś epatując tą „słusznością” i dobrymi chęciami pomysłodawców poświęca się niewielką uwagę zastanowieniu, czy wskazanych celów nie można by osiągnąć mniejszym kosztem.

Problem demograficzny niewątpliwie jest jednym z najważniejszych wyzwań dla gospodarki i finansów publicznych. Nie jesteśmy pierwszymi, którzy muszą się z nim mierzyć, a równocześnie nie ma tutaj prostych i skutecznych recept, dlatego że problem jest nie tyle natury stricte ekonomicznej (wystarczy zauważyć, że największe boomy dzietności to najpierw okres tuż powojenny, a później okres bardzo chudych lat 80.), a bardziej osadzony jest w sferze wartości i postaw, które trudno zmienić wypłacaniem takiej bądź innej kwoty na dziecko.

Specjaliści wskazywali, że jeśli gdzieś można skutecznie oddziaływać na poziom dzietności, to w zakresie poprawienia dostępności żłobków, przedszkoli, zapewnienia opieki szkolnej w godzinach pracy rodziców – tak, aby mieli oni jak największe przekonanie, że kiedy już powołają nowego obywatela na ten świat, to mogą liczyć na pomoc w opiece nad nim, szczególnie w pierwszych latach życia. Bardzo ważne jest wspieranie kobiet w łączeniu pracy zawodowej z obowiązkami opiekuńczymi, aby nie musiały stawać przed dylematem „praca czy dziecko”. Na relatywną skuteczność tego typu programów wskazują doświadczenia innych krajów. Równocześnie doświadczenia te pokazują nieskuteczność programów bezpośrednich świadczeń pieniężnych.

Dziś już na podstawie krajowych danych wiemy, że specjaliści się nie mylili i że jest dokładnie tak, jak można było przewidzieć – na bazie liczb nie da się udowodnić, że ten program zauważalnie wpłynął na zwiększenie liczby urodzeń. Nawet w oficjalnym ministerialnym podsumowaniu pięciu lat funkcjonowania „500+” z kwietnia 2021 r. odnotowuje się, że po wzroście w pierwszych dwóch latach działania programu, w kolejnych latach liczba urodzeń żywych spadała i będzie tak w kolejnych latach. Pocieszeniem ma być stwierdzenie, że „efektem wprowadzenia świadczenia wychowawczego będzie przede wszystkim to, że ten spadek nie będzie tak silny”. To jednak bardziej wyraz przekonań piszącego tamte słowa, aniżeli twardych badań naukowych...

Z drugiej strony, niewątpliwym faktem jest, że efektem wprowadzenia tego świadczenia był spadek odsetka ubóstwa wśród dzieci. Specjaliści wskazują jednak, że efekt ten można było uzyskać wielokrotnie taniej niż łączne koszty wprowadzenia programu „500+”. Zgodnie z szacunkami Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej pierwsze pięć lat programu (kwiecień 2016 do końca lutego 2021 r.) kosztowało ponad 141mld zł (nie licząc kosztów obsługi), zaś dane za cały rok 2021 (40,3 mld zł) pozwalają przeliczyć łączny koszt programu do końca 2021 r. na prawie 175 mld zł.

Mamy więc największy program rządowy, który nie realizuje zasadniczego celu (wzrost liczby urodzeń), a drugi z celów (obniżenie wskaźników ubóstwa) realizuje wielokrotnie drożej niż alternatywne podejścia. Mamy program, który do końca 2021 kosztował podatnika 175 mld zł i każdego roku będzie kosztował ponad 40 mld zł, z czego mniej niż 40 proc. trafia do rodzin relatywnie ubogich. Program nie jest nakierowany na tych, którym pomoc jest rzeczywiście potrzebna, „po prostu” rozdaje wszystkim. Tenże program wygląda na „nie do ruszenia” politycznie, bo politykowi, który podniósłby te oczywiste argumenty ekonomiczne i wskazał społeczeństwu, że poprzez nieprzemyślany program marnotrawimy pieniądze i moglibyśmy jego rzeczywiste efekty osiągnąć wielokrotnie taniej, grozi „otagowanie” jako „ten, co chce zabierać”. To z kolei automatycznie ustawiałoby go w roli tarczy strzelniczej tak dla politycznych przyjaciół, jak i wrogów…

„Emerytura Plus Czternastka”

Kolejnymi nowymi tytułami wydatkowym budżetu państwa są dodatkowe świadczenia dla emerytów: „Emerytura Plus” (zwana 13. emeryturą) oraz „dodatkowe, roczne świadczenie dla emerytów”, zwane 14. emeryturą. Pierwsze z nich zostało ogłoszone w marcu 2019 r., a wypłacone w maju tego samego roku, na miesiąc przed wyborami do Europarlamentu oraz na pół roku przed wyborami do Sejmu i Senatu.

Ówczesne kierownictwo rządowe zapowiadało, iż „jeśli będziemy dalej rządzić, 13. emerytura będzie stałym świadczeniem” . Tak też się stało, „trzynastka” weszła na stałe do wydatków państwa ustawą z roku 2021 i jest świadczeniem „bezwarunkowym”, przysługującym wszystkim emerytom i rencistom. Znów widać „szeroki gest” – transfery do wszystkich, połączone z podmywaniem jednej z fundamentalnych zasad systemu emerytalnego, że dłuższa praca i większe składki będą oznaczać wyższą emeryturę.

Ta sama ustawa z 2021 r. zainicjowała tzw. 14. emeryturę, gdzie wprowadzono już kryterium dochodowe przyznawania. „Czternastka” została wypłacona w 2021 r., ma zostać wypłacona w 2022 i – wedle najnowszych informacji – ma już nie być wypłacana w kolejnych latach. Tak więc zostaje, jako stały tytuł wydatkowy, regulacja rozdająca „po równo” wszystkim. Pod koniec 2021 r. Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej podsumowało, że na 13. i 14. emerytury wypłacono z budżetu 46 mld zł od czasu ich wprowadzenia.

500+ plus dodatkowe świadczenia dla emerytów i rencistów to 80 proc. wpływów z PIT do budżetu centralnego

Gdyby spojrzeć łącznie na dodatkowe koszty, wygenerowane przez program 500+ oraz dodatkowe świadczenia dla emerytów i rencistów, to dla roku 2020 mówimy o łącznym koszcie budżetu centralnego w wysokości 51,6 mld zł (39,3 mld zł na 500+ oraz 11,7 mld zł na „trzynastkę”). To równowartość ok. 80 proc. wpływów z podatku PIT, które tego roku trafiły do budżetu centralnego (63,8 mld zł; około połowy PIT zostaje na poziomie lokalnym).

W roku 2021 wydatki na 500+ (40,3 mld zł), na „trzynastkę” (11,9 mld zł) oraz na „czternastkę” (10,4 mld zł) to łącznie 62,6 mld zł, wobec 73,6 mld zł które trafiły do budżetu centralnego z tytułu PIT. Czyli te trzy programy wydatkowe pochłonęły równowartość 85 proc. wpływów z PIT do budżetu centralnego. Można więc w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że zamiast rozdawać pieniądze na 500+ oraz dodatkowe świadczenia dla emerytów i rencistów, można było obniżyć podatki o 40 proc. dla wszystkich i efekt dla finansów publicznych byłby ten sam…

Jednak dominujący „przechył redystrybucyjno-rozdawniczy” zdaje się sądzić, że lepiej „coś dać” szerokim masom (i to bezwarunkowo, aby przekaz marketingowy był zrozumiały dla każdego), niż mniej zabrać węższej grupie płatników podatków netto, utrzymujących cały system…

Czas Covid-19 i wzrost zadłużenia o 365 mld zł

Czas pandemii był okresem szczególnym i – zwłaszcza początkowo – wymagał podejmowania decyzji w warunkach bardzo wysokiej niepewności. Dlatego zaklasyfikowanie wszystkich podjętych wtedy decyzji wydatkowych jako przejawu działania rozdawniczego byłoby zapewne nadużyciem. Niezmiernie ciekawe i pouczające byłoby poznanie szczegółów ówczesnych dyskusji specjalistów doradzających rządowi na temat przyjęcia takiej bądź innej strategii ekonomiczno-zdrowotnej. Byłoby to tym ciekawsze, że pomimo nadzwyczajnych kosztów finansowych „walki z pandemią”, Polska odnotowała najwyższy w Europie wzrost ponadnormatywnych zgonów.

Z punktu widzenia niniejszej analizy poprzestańmy jednak na jednej liczbie i kilku związanych z nią refleksjach. Liczba to 365 mld zł. O tyle w ciągu dwóch covidowych lat 2020 i 2021 wzrosło zadłużenie sektora instytucji rządowych i samorządowych. Łatwo przeliczyć, że codzienny wzrost zadłużenia wynosił w tych latach 500 mln zł. „Piątek, świątek czy niedziela”, zegar zadłużenia poruszał się z prędkością pięciuset milionów dziennie…

Równowartość wyemitowanego długu zasiliła konta bankowe rozlicznych podmiotów (tzw. monetyzacja długu), bardzo znacząco przyspieszając wzrost podaży pieniądza, co jest jednym z zasadniczych (choć niejedynym) paliwem dla inflacji, którą mamy obecnie. W ciągu dwóch lat dług publiczny został powiększony o równowartość siedmioletnich wpływów z podatku PIT do budżetu centralnego z roku 2021. Innymi słowy, „gdyby nie Covid” można by było przez siedem lat obniżyć PIT o ok 40 proc. dla każdego i efekt budżetowy byłby ten sam. A gdyby nie wydatki „covidowe” oraz gdyby nie 500+ i dodatkowe świadczenia emerytalne, podatek PIT można by było sprowadzić poniżej 10 proc.

Tak znaczący przyrost zadłużenia powinien był skłonić decydentów do co najmniej kilku refleksji. Po pierwsze, taka masa zmonetyzowanego długu stanowiła poważne średnioterminowe zagrożenie inflacyjne, tym bardziej że ten proces dotyczył prawie wszystkich gospodarek Zachodu, więc ten impuls idzie ze wszystkich kierunków.

Po drugie, należało co najmniej przemyśleć jak zadłużenia dalej nie powiększać. Po trzecie zaś należało zastanowić się jak wspomóc tak zwaną stronę podażową, jak ułatwić życie firmom i przedsiębiorcom dostarczającym towary i usługi na rynek, którzy w mniejszym lub większym stopniu zostali dotknięci w czasie lockdownów.

Polski Ład, czyli redystrybucja plus chaos regulacyjny

O ile jakaś forma wyrównania składek zdrowotnych między „etatowcami” a działającymi w formie JDG niewątpliwie była potrzebna, bo dysproporcje były tu zbyt duże, oraz ile można sobie wyobrazić różne formy korekty skali podatkowej i nie można prawa do tych korekt odmawiać demokratycznie wybranym władzom - o tyle wybrano fatalne rozwiązania implementacyjne. Istotę i skalę planowanej redystrybucji dobrze ilustrują analizy Centrum Analiz Ekonomicznych CENEA („Polski Ład”: dystrybucyjne konsekwencje propozycji podatkowych Zjednoczonej Prawicy”, dostępny w sieci).

CENEA

Kluczowym zaś jest wykres pokazujący korzyści i straty gospodarstw domowych według dochodowych grup decylowych. Szacunki wskazywały na relatywnie niewielki (od kilkudziesięciu do ok 300-350 zł w 5. i 6. grupie decylowej) oczekiwany wzrost dochodu do dyspozycji w dziewięciu spośród dziesięciu grup decylowych, przy „uderzeniu” w dziesiątą grupę decylową w skali ok 1500zł miesięcznie. Na etapie przygotowywania reformy nie przeliczono jednak dokładnie cyfr i już po ogłoszeniu programu okazało się, że jego łączne oddziaływanie oznaczałoby podwyżkę obciążeń już dla zarabiających powyżej 6 tys. zł brutto…

„Łatą”, uszytą w ciągu paru dni, była tzw. ulga dla klasy średniej, co do której niedawno ogłoszono, że zostanie zamieniona na obniżkę pierwszej skali podatkowej z 17 proc. do 12 proc. od początku lipca 2022.

Największa rewolucja podatkowa od 1989, nowelizująca kilkadziesiąt ustaw, wprowadzająca ponad 100 nowych rozwiązań podatkowych, często skomplikowanych, która zgodnie z OSR oddziałuje na kilkadziesiąt różnych grup podmiotów publicznych i prywatnych (w tym znacząco obniża dochody 

samorządów) została wprowadzona bez rzetelnej analizy, bez rzetelnych konsultacji społecznych oraz bez wiarygodnego obliczenia kosztów. Pierwotnie podawany koszt („16,5 mld zł zostanie w kieszeni podatników”) nie może dziś być uznany za wiarygodny, choćby z powodu tego, iż po jego podaniu w programie dokonano wielu zmian obniżających wpływy podatkowe, zaś liczba ta nie była aktualizowana.

Na ryzyko poważnej destabilizacji systemu podatkowego wskazywały wszystkie chyba organizacje przedsiębiorców, ekonomistów, księgowych i innych grup, apelując o odroczenie wprowadzenia zmian i dokładniejszą analizę konsekwencji. Prawnicy zwracali uwagę na niekonstytucyjność wielu zapisów, zaś Rządowe Centrum Legislacji (sic) poinformowało, że ze względu na liczbę zmian i krótki czas pracy nie będzie w stanie przygotować opinii prawno-legislacyjnej do projektu. Równocześnie odnotowano, że już pobieżna analiza projektu pozwoliła na stwierdzenie licznych błędów legislacyjnych i że RCL nie może wziąć odpowiedzialności za fatalny kształt przepisów.

Pomimo próśb, apeli i protestów z tak wielu środowisk i z tak szerokim uzasadnieniem merytorycznym, że całkowicie wykluczało to krytykę czysto polityczno-partyjną, program został przeforsowany i podpisany przez prezydenta… Najwyraźniej przekaz reklamujący ten program, mówiący iż „niemal 18 mln Polaków skorzysta na obniżce podatków” oraz „zyska 8 mln emerytów” w głowach decydentów ważył więcej niż to, że tak potężna masa zmian w przepisach, napisana tak nieprecyzyjnie, grozi potężną destabilizacją systemu podatkowego.

Nie ulega wątpliwości skala chaosu regulacyjnego wprowadzonego przez ten program. Jeśli chodzi o koszty, to początkowo deklarowano wspomniane 16,5 mld zł mające „zostać w portfelach Polaków” i pewnikiem jest, że to dolna granica kosztów, nieuwzględniająca późniejszych zmian, które te koszty podnosiły. Ogłoszony później program obniżki PIT z 17 proc. do 12 proc. w ujęciu całorocznym ma, zgodnie z oficjalnymi deklaracjami, kosztować ok 15 mld zł w wymiarze całego roku (choć w 2023 r. będzie wyższy). To razem ponad 31 mld zł uszczuplenia dochodów podatkowych – i jest to dolna granica kosztów dla budżetu państwa wygenerowanych przez tzw. Polski Ład.

Do kosztów budżetowych należy doliczyć dalsze zwiększenie niepewności prowadzenia działalności gospodarczej, co równocześnie obniża skłonność firm do inwestowania, powoduje erozję płatników podatków netto (część zamknie działalności, inni zejdą do szarej strefy) oraz oznacza przesunięcie kraju na ostatnie miejsca rankingów jakości i przejrzystości systemów podatkowych w Europie.

„Tarcza antyinflacyjna”, czyli 44 mld zł za chwilowe obniżenie inflacji

Wzmiankowane 43,7mld zł to szacunek całorocznych kosztów tak zwanej „tarczy antyinflacyjnej” dokonany przez analityków NBP i zawarty w ostatniej Projekcji Inflacji (prezentacja, str. 29). Jaki działa tu mechanizm? Najbardziej kosztotwórczą częścią tzw. tarczy jest obniżenie stawek podatkowych (akcyza, VAT) na nośniki energii, żywność i nawozy. To obniżenie oznacza, że do budżetu nie wpłynie określona suma podatków – w omawianym przypadku prawie 44 mld zł. Efekt dla inflacji w roku bieżącym będzie praktycznie niezauważalny – konia z rzędem temu, kto odczuje „w swoim portfelu”, że średnioroczny wskaźnik inflacji w roku bieżącym będzie ok. 3 punkty procentowe niższy niżby był bez „tarczy”, czyli np. zamiast 15 proc. inflacji będzie 12 proc. Dla ekonomistów oczywiste jest, że w kolejnym roku inflacja będzie dokładnie o tyle samo wyższa, co ładnie ilustruje wykres we wspomnianej wyżej Projekcji Inflacji NBP (na str. 28). A po dwóch latach nie będzie żadnego efektu… Oczywiście poza efektem wzrostu długu o 44 mld zł z tego tytułu, który zmonetyzowany powiększy podaż pieniądza i będzie działał proinflacyjnie…

NBP

Pomoc powinna być zawężona do najsłabszych gospodarstw domowych i kierowana do nich bezpośrednio. Warto odnotować, że ten element jest częścią składową „tarczy” (tzw. dodatek osłonowy, wypłacany dla gospodarstw domowych poniżej ustalonego progu dochodowego, mający dotrzeć do prawie połowy wszystkich gospodarstw domowych) zaś jego koszt szacowany jest poniżej 5 mld zł. Wystarczyło więc rekalibrować tę część programu, aby uczynić go znacznie tańszym i trafiającym do najbardziej potrzebujących…

Ustawa o pomocy Ukraińcom, senacki projekt ustawy o ulgach podatkowych dla Ukraińców i Białorusinów, czyli rozdawnictwo „nie tylko dla swoich”

Podejściu rozdawniczemu, które w ostatnim czasie rozprzestrzenia się wśród naszej klasy politycznej jak ogień na prerii nie można zarzucić ksenofobii i ograniczania się „tylko do swoich”. W przyjętej w marcu br. ustawie o pomocy obywatelom Ukrainy również zastosowano podejście „dla każdego po równo”.

Tak więc dowolny obywatel tego kraju, który przybył do Polski legalnie po 24. lutego bieżącego roku – niezależnie od tego, czy biedny czy bogaty, oraz czy przybywa z obszaru działań wojennych czy z drugiego końca tego rozległego kraju, dostaje nie tylko prawo legalnego pobytu przez 18 miesięcy (które, na wniosek, może przedłużyć na pobyt czasowy na okres trzech lat) oraz prawo do pracy, ale także prawo do świadczeń zdrowotnych, świadczeń rodzinnych, świadczenia wychowawczego, świadczenia „dobry start” oraz rodzinnego kapitału opiekuńczego. To niespotykana w innych krajach hojność, o kosztach na dziś nieoszacowanych, bo nie wiadomo, ilu obywateli Ukrainy zdecyduje się z nich skorzystać oraz na jak długo zdecydują się pozostać. Oczywiście, że należy pomagać, ale ustawienie mechanizmów pomocy w ten sposób, że rozdajemy szerokim gestem, łączny koszt nie jest ograniczony i zasadniczo zależy głównie od ilości chcących skorzystać ze świadczeń, a także zaoferowanie szerokiej palety świadczeń socjalnych rodzi „pokusę nadużycia” takiego mechanizmu. Na koszt krajowego podatnika.

Jakby powyższego było mało, 12. kwietnia br. Senat podjął uchwałę ws. wniesienia do Sejmu projektu ustawy o zmianach podatkowych „w związku wojną w Ukrainie”, która – gdyby została przyjęta jako obowiązujące prawo – nadawałaby obywatelom Ukrainy i Białorusi, którzy przybyli do Polski po 24. lutego br. specjalne prawa podatkowe. Prawo do zwolnień z podatku dochodowego, prawo do zwolnienia z podatku od spadków i darowizn, jak również m.in. tzw. „ulgi na straty wojenne”, tj. „prawa do odliczenia przez przedsiębiorcę odpowiednio od podstawy obliczenia podatku, od podstawy opodatkowania albo od przychodu kwoty stanowiącej 200 proc. strat powstałych w okresie od 24 lutego 2022 r. do 31 grudnia 2022 r. w wyniku utraty lub uszkodzenia na terytorium Ukrainy, Republiki Białorusi lub Federacji Rosyjskiej towarów lub środków trwałych".

Tego rodzaju regulacja oznaczałaby, że obywatele Ukrainy – obok już przyznanych praw, na które nie mieli okazji zapracować – zostaliby dodatkowo obdarowani przywilejami podatkowymi, które nie przysługują podatnikom utrzymującym cały system. Już nie tylko Ukraińcy, ale także Białorusini – wedle projektu Senatu – mieliby nie tylko być zwolnieni z części podatków, ale nawet obniżyć podstawy obliczenia podatku w Polsce dwukrotność strat poniesionych wcześniej na terenie innego kraju, tamtemu krajowi odprowadzając wcześniej podatki…

Oprócz bezpośrednich kosztów, czyli podatków, które nie wpłynęłyby do polskiego budżetu – państwo polskie stawiałoby swoich obywateli w gorszej pozycji podatkowej, zarówno w obszarze PIT jak i CIT, względem obywateli już nie tylko Ukrainy, ale i Białorusi, którzy pojawili się u nas po 24. lutego… To otwierałoby także szerokie pole do nadużyć podatkowych (np. otwieranie firm „na Ukraińca”, czarny rynek zaświadczeń „o stratach wojennych” itd.) i stanowiłoby potężne ryzyko dla budżetu państwa, szczególnie w sytuacji niewydolności krajowego systemu sądowniczego.

Konsekwencje przechyłu rozdawniczo-redystrybucyjnego

Powyżej przywołano tylko „najgrubsze” przejawy działań rozdawniczych z niedawnych lat. Drobniejsze można by mnożyć, by przywołać choćby niedawną ustawę z 24. lutego br. „o wsparciu gospodarstw domowych w ponoszeniu kosztów związanych ze zmianą standardu nadawania naziemnej telewizji cyfrowej”. W skrócie: ustawodawca zadecydował wydać 620mln zł publicznych pieniędzy na dopłaty do zakupu telewizora (250 zł) i dekodera (100 zł). Za głosowało 437 posłów, przeciw 17, 4 wstrzymało się od głosu… To ilustruje zasadnicze grożące nam niebezpieczeństwo, mianowicie, że cała klasa polityczna może dojść do wniosku, iż bez rozdawania nie wygra wyborów. I do licytacji dołączy obecna opozycja. Szczególnie że dużymi krokami zbliżają się wybory.

Jeśli inwestorzy dojdą do wniosku, że cała klasa polityczna prezentuje skłonność do podejścia rozdawniczego, to uwzględnią to w postaci wyższej premii za ryzyko inwestowania w polskie obligacje rządowe oraz przyjmą założenie, że złoty najprawdopodobniej wejdzie w trwały trend osłabienia, aby „amortyzować” nieodpowiedzialne pomysły polityków „potanieniem” eksportu z Polski, co równocześnie jednak będzie wspierać inflację, poprzez wyższe koszty importu.

Jeśli chodzi o wyższą premię za ryzyko inwestowania w nasze obligacje, to proces jest w toku – i „pójdzie dalej” lub nie, w zależności od postrzegania polityki fiskalnej i monetarnej. Łączny wpływ wysokiej inflacji i erozji wiarygodności polityki finansowej rządu oraz monetarnej banku centralnego już doprowadziły do poważnego wzrostu rentowności. Rentowności obligacji 10-letnich, które w latach 2015-2018 wahały się wokół 3 proc., a które spadły w okresie covidowym poniżej 1,5 proc., obecnie znajdują się powyżej 6,6 proc. To oznacza skokowy wzrost kosztów obsługi długu –nowozaciąganego oraz zaciąganego, aby refinansować dług zaciągnięty wcześniej, a zapadający w kolejnych okresach.

Dochodzimy do istoty wiszącego nad finansami publicznymi ryzyka „kuli śniegowej”: ryzyka powstania sprzężenia zwrotnego między inflacją, wzrostem rentowności obligacji oraz osłabieniem kursu walutowego, co mogłoby doprowadzić do kryzysu finansowego. Temat wymaga szerszego i dokładniejszego omówienia, dziś skupmy się na ukazaniu jego istoty. Budżet naszego państwa został obciążony dodatkowymi wydatkami (500+ to 40 mld zł rocznie, „trzynastki” to ok. 12 mld zł, koszt Polskiego Ładu to co najmniej 31 mld zł rocznie od 2023 r., a do tego w tym roku mamy jeszcze „tarczę antyinflacyjną” za ponad 40 mld zł rocznie oraz bliżej nieokreśloną kwotę na koszty wojny na Ukrainie), dla których finansowania nie znaleziono trwałych źródeł. Osławione „uszczelnienie podatków” to niewielka część sumy dodatkowych wydatków.

Obrazowo można powiedzieć, że „dociążona została burta wydatkowa” naszego statku i płynie on teraz w znacznym przechyle. Co gorsza, wiatr wieje „nie z tej strony” (inflacja multiplikuje wcześniejszy koszt obsługi długu), na sąsiednim morzu trwa sztorm o skali nienotowanej od dekad, a dokonany „przechył” ogranicza pole manewru tam, gdzie on jest potrzebny, np. w zakresie dodatkowych wydatków na armię. Załoga pod pokładem (netto płatnicy podatków, ale także niedoinwestowana edukacja czy służba zdrowia, obserwująca topnienie realnej siły nabywczej płac, które do wysokich generalnie nigdy nie należały) była traktowana po macoszemu, natomiast dbano o dobre samopoczucie wycieczkowiczów na pokładzie, rozdając im różne prezenty w czasie rejsu po spokojnych wodach. I tylko nieliczni dostrzegają, że mocny przechył statku i rosnące ceny w kantynie to także „zasługa” tych prezentów. Z mostka kapitańskiego płynie przekaz, że to wina burzy na sąsiednim morzu.

Kierownictwo statku może czuć się zakładnikiem wcześniejszej retoryki rozdawniczej („pieniądze są i będą”) i generować kolejne wydatki, np. „na walkę z inflacją” i inne ważne cele (tu bez przekąsu, rzeczywistość stawia wyzwania). Pretendenci do kierownictwa zaczynają oswajać się z myślą, że jak nie obiecają, to nie wygrają. I tylko statek coraz bardziej przechylony.

Jeśli nadal dominować będzie podejście rozdawnicze, złoty będzie systematycznie coraz słabszy (patrz wykres forinta do euro), napędzając inflację, którą skądinąd zapewne jeszcze mocniej napędzą ceny surowców i energii. Wyższa inflacja to wyższe koszty obsługi długu, wyższe koszty funkcjonowania firm i mocniejsze uderzenie w kredytobiorców i ich wydatki gdzie indziej, co będzie podcinać wzrost gospodarczy. Jeśli „mocniej zawieje” na rynkach międzynarodowych i/lub wojna będzie się przedłużać, presja na złotego może wypchnąć go na trwale powyżej 5 zł za euro, generując poważne problemy dla sektora finansowego (warte osobnego omówienia), czemu bank centralny musiałby przeciwdziałać jeszcze mocniejszymi podwyżkami stóp, tym mocniej uderzającymi w realną gospodarkę… To scenariusz negatywny, ale niestety dziś bardziej prawdopodobny niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich trzech dekad.

Trzeba wyjść z kręgu myślenia rozdawniczo-redystrybucyjego. Może jeszcze nie jest za późno.

Marcin Mrowiec jest doktorem nauk ekonomicznych, przez kilkanaście lat był głównym ekonomistą i dyrektorem analiz makroekonomicznych i sektorowych Banku Pekao, wygrywając – indywidualnie oraz zespołowo – wiele nagród za trafność prognoz makroekonomicznych. Jest też autorem książka: „Austriacka Szkoła Ekonomii: Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii”, PWN 2017.