Biorąc się do pisania tego felietonu, sprawdziłem kilka faktów. I sam się zdziwiłem.

Tadeusz Kościński piastował stanowisko ministra finansów aż dwa lata i dwa miesiące, a więc całkiem długo. Co więcej, zajmował je w czasie kryzysu wywołanego pandemią, wymagającego od rządu podejmowania niezwykłych, ryzykownych i sprzecznych z podręcznikową wiedzą działań.

W czasie jego urzędowania dług publiczny Polski wzrósł o pół biliona złotych (nominalnie o około 50 proc.), co, o dziwo, nie odbiło się dotąd ani na kursie walutowym, ani na ratingu. Poza zarządzaniem finansami w czasie gigantycznych zawirowań gospodarczych, minister nadzorował też przygotowanie Krajowego Planu Odbudowy, który od kilku miesięcy miał przynosić Polsce miliardy euro z Unii Europejskiej (to akurat nie jego wina, że dotąd nic nie przyniósł).

Czytaj więcej

Kaczyński: Morawiecki może być ministrem finansów do naprawy Polskiego Ładu

A w tym samym czasie kierowane przez niego ministerstwo przygotowało i wprowadziło w życie ogromny pakiet zmian podatkowych, podobno o historycznym znaczeniu (jak twierdzili rządowi propagandziści). Program nazwany Polskim Ładem, choć w powszechnej opinii słowo „ład" nie oddaje precyzyjnie charakteru wdrożonych rozwiązań.

Mogłoby się więc wydawać, że nazwisko ministra realizującego tak niezwykłe zadania, w tak niezwykłych czasach, powinno być na ustach wszystkich – tak samo, jak trzy dekady temu na ustach wszystkich było nazwisko Leszka Balcerowicza. A tymczasem przygniatająca większość mieszkańców Polski nawet tego nazwiska nie słyszała.

Trochę żal mi ministra, którego uważam za bardzo miłego człowieka. Sprawa jego wzlotu i upadku przypomina bowiem historię znaną z przedwojennej polskiej prasy.

Otóż w II RP istniała cenzura prasy, i to nawet dość wredna (choć oczywiście nieporównanie łagodniejsza niż w PRL). Nie miała jednak charakteru prewencyjnego, lecz represyjny, czyli nie trzeba było mieć zgody na wydrukowanie artykułu, ale w razie uznania jego treści za niewłaściwą, cały nakład gazety był konfiskowany, a autor mógł iść za karę do więzienia.

Sprytny świat dziennikarstwa znalazł jednak na to receptę.

W pismach zatrudniano specjalną osobę, która co miesiąc dostawała pensję, ale nie miała żadnych obowiązków. Za to jeśli cenzura skonfiskowała nakład i chciała wsadzić dziennikarzy do więzienia, jako winnego wskazywano właśnie tę osobę, wymienianą w druku jako „redaktora odpowiedzialnego".

Od czasów Leszka Balcerowicza polscy politycy niezmiennie utyskiwali na to, że minister finansów nie może im krępować swoim „ekonomicznym dyktatem" swobody prowadzenia polityki.

Ideałem wydawało się to, żeby przestał on być kreatorem polityki gospodarczej rządu, a stał się jedynie księgowym, realizującym polecenia, znajdującym na wszystko pieniądze i podpisującym podsuwane mu do zapłaty kwity.

W ostatnich latach wreszcie udało się do tego doprowadzić.

Ale rządzący nie mają się z czego cieszyć. Bo odejście „ministra odpowiedzialnego" nie rozwiązuje wcale sprawy, a pozostawione na jego biurku rachunki kiedyś wszyscy będziemy musieli uregulować. Z procentami.

Witold M. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula