Rz: W ostatnich latach na Zachodzie trwa renesans rzemiosła, w tym rękodzieła. W Polsce rynek również chyba bardziej sprzyja rzemiosłu?

Jerzy Bartnik: Rękodzieło to specyficzna, bardzo niszowa część rzemiosła. Tak naprawdę rzemiosło w Polsce to przede wszystkim sektor budowlany, w tym różnego rodzaju instalacje, podwykonawstwo u deweloperów. I potężny sektor spożywczy: od piekarzy, cukierników po wędliniarzy. Rzemieślnicy produkują więcej wędlin niż największe zakłady mięsne.

A szewc, krawiec?

Te zawody funkcjonują jako rzemiosło w potocznej opinii, ale to rynkowa nisza. Nawet jeśli szewstwo, zwłaszcza ortopedyczne, nieźle prosperuje i widać renesans krawiectwa, ograniczany jednak przez brak uczniów. Około 40 proc. polskiego rzemiosła stanowi budownictwo, jest też spora grupa zawodów metalowych, które wykorzystują nowe technologie.

W czasach PRL rzemieślnicy borykali się z negatywnym wizerunkiem prywaciarza, a po 1989 r. wielu przegrało z tanim importem. Co dzisiaj gnębi rzemiosło?

Problemów jest wiele na czele z biurokracją, w tym obowiązkiem zdobywania różnych zezwoleń.

Są jakieś problemy specyficzne dla sektora?

Nie ma. Rzemiosło jest przecież taką samą częścią gospodarki jak inne, tyle że większą, gdyż z mikro, małych i średnich firm (do 250 pracowników) pochodzi 60 proc. PKB. Podobnie jak w całej gospodarce największym problemem rzemiosła jest teraz brak wykwalifikowanej kadry. Po 1989 r. zlikwidowano szkolnictwo zawodowe, które dopiero od niedawna jest reformowane. Nasz związek jako jedyna sieciowa organizacja ma obecnie 75 tys. młodych ludzi uczących się zawodu i ok. 70 własnych szkół z 6 tys. uczniów. Mamy też 23 tys. zakładów szkolących. Dbamy o przywracanie na rynek starych zawodów, takich jak rymarz, czy podkuwacz koni, wykreowany przez nas przed trzema laty. To niszowy zawód, ale rozwojowy, gdyż przybywa zamożnych osób, które uprawiają jeździectwo.

W jakich zawodach najczęściej kształcicie dziś młodych ludzi?

Kształcenie dostosowujemy do potrzeb lokalnego rynku. Mamy przecież potężny sektor usługowy: zakłady fryzjerskie, gabinety kosmetyczne, które stale potrzebują pracowników. Każda szkoła uczy więc fryzjerstwa, budownictwa czy wędliniarstwa. Jednak w rzemiośle kluczowa jest praktyka zawodowa, czyli dualny system kształcenia. Jego jednym elementem jest umowa o pracę w celu kształcenia, drugim zaś szkoła z teoretyczną wiedzą.

Czy trudno jest przekonać młodych ludzi do rzemiosła?

Potrzebne są działania promocyjne. Między innymi temu służyła nasza konferencja (II Zjazd Cechów Rzemiosła Polskiego – red.). Chcemy zwrócić uwagę, że jest to może ostatnia szansa, by zdobyć wiedzę, gdyż coraz mniej jest osób, które mogą i chcą ją przekazywać. Następuje teraz przedefiniowanie szkolnictwa w Polsce i chcemy, by wykorzystano w tym procesie nasze doświadczenia. Jako jedyni byliśmy przeciwko liceom profilowanym, przeciwko zamykaniu szkół zawodowych, tylko nikt nie chciał nas słuchać. Liczymy, że tym razem będzie inaczej. Mówi się, że mamy wprowadzać w Polsce niemiecki system dualny, a przecież my praktykujemy takie kształcenie od 1933 r. Niedawno byłem w Kętrzynie, gdzie w ciągu 70 lat działalności cech przygotował do różnych zawodów aż 40 tys. młodych ludzi.

Tegoroczny II Zjazd Cechów Rzemiosła Polskiego odbył się w Sejmie. Z jakim przekazem szliście do polityków?

Przed wszystkim chcemy być liczącym się partnerem w debacie gospodarczej. Jesteśmy w tej chwili uwzględnieni w tzw. planie Morawieckiego gdzie jest silny nacisk na sektor małych i średnich firm, zgodnie zresztą z europejską i światową tendencją odchodzenia od wielkich fabryk. Według badań naukowców z Harvardu za 30 lat automatyzacja sprawi, że roboty przejmą większość zawodów poza rzemieślniczymi, gdzie liczy się indywidualne podejście do potrzeb klienta. Gwarantowaną pracę będą mieli tylko ci, którzy będą potrafili połączyć umiejętności rąk i umysłu.