Dziennikarze świętymi krowami nazywają urzędy centralne, które same sobie ustalają budżet. Ile taka instytucja wymyśli, tyle wpisuje. A minister finansów, choćby nie wiadomo jak go skręcało, może tylko patrzeć. I cierpieć.

Można mieć poważne wątpliwości, czy pieniądze, jakich się domagają „ich świętości", przełożą się na wzrost gospodarczy. Mówiąc wprost – czy będą dobrą inwestycją. Największy apetyt (135 proc. tegorocznego budżetu) wykazał generalny inspektor ochrony danych osobowych. Niemal 30 mln złotych więcej. Tłumaczy, że musi zwiększyć zatrudnienie w związku z wprowadzaniem nowych unijnych regulacji.

Sądy powszechne z kolei chcą niemal 400 mln więcej. W pierwszym odruchu można by przyklasnąć – procesy trwają w Polsce horrendalnie długo. Pewnie więc pieniądze poszłyby na ich skrócenie? Figa z makiem. W 2016 roku sądy dostały 400 mln więcej, w tym – 200 mln. Nic to nie dało, nadal prędzej można osiwieć, niż doczekać się prawomocnego wyroku. Czyli problemem jest raczej brak efektywności.

Kancelaria Prezydenta RP chce aż 40 mln złotych więcej, jedną czwartą tego, co ma dziś. Po co? Aby promować referendum konstytucyjne oraz zająć się obchodami 100-lecia odzyskania niepodległości. Serio? Przecież na te uroczystości ma pójść przez cztery lata ćwierć miliarda, o czym pisałem w marcu tego roku. 250 mln nie wystarczy? Prezydent dołoży jeszcze kilkadziesiąt? Mniejsza z prezydenckimi oczekiwaniami. Instytut Pamięci Narodowej chce o 108 mln zł więcej. Na co? Nie wiadomo, bo IPN pytania dziennikarzy zwyczajnie zignorował.

Dość! Święte krowy same proszą się o dobrego pastucha. Najlepiej takiego, który ma trochę siły w rękach i kawał mocnego kija. Niech poskromi te apetyty. Całe stado wszystkich świętych krów chce łącznie ponad 700 milionów ekstra! Oby w roli tego poganiacza odnalazł się Sejm, bo tylko posłowie mogą zmienić te budżety.

Dlaczego jest to tak denerwujące? Bo istnieje sto lepszych sposobów na wydanie pieniędzy niż na przykład bizantyjskie świętowanie odzyskania niepodległości.

Podnieście na przykład pensje ministrom i wiceministrom. Oni zarabiają mniej niż podlegli im dyrektorzy departamentów! To absurd do kwadratu. Ludzie obciążeni ogromną odpowiedzialnością i narażeni na ciągłe użeranie się ze wszystkimi dookoła nie są porządnie wynagradzani! Wiem, o czym mówię, bo m.in. ja uprzykrzam im życie. Proszę mi uwierzyć, zasługują na godziwą zapłatę.

Dodatkowe pieniądze przysłużyłyby się też z pewnością dialogowi społecznemu i instytucjom z nim związanym. W szybkim tempie musimy zmienić polski system prawny. Trzeba tęgich głów do pracy, i to w dużej liczbie. To się opłaci, ale i kosztuje. Warto byłoby również wspomóc Rządowe Centrum Legislacji.

Budżet to nie jest koncert życzeń udzielnych książąt. To pieniądze zabrane obywatelom, aby – przynajmniej teoretycznie – wydać je dla ich dobra. Czy praktyka pójdzie za teorią? Zaręczam i ostrzegam równocześnie, że obywatele to sprawdzą za darmo, „pro publico bono".