W felietonie ze stycznia 2020 r. wyjaśniałem, jakie czynniki będą nas pchały w stronę wyższej inflacji. Zwracałem uwagę na wzrost cen energii, wynikający z błędów w polityce energetycznej. Na niskie bezrobocie, pchające w górę płace, wspierane przez rządową politykę śrubowania płac minimalnych. Na politykę stymulowania popytu, w warunkach najniższej od ćwierćwiecza intensywności inwestowania, powodującej ograniczenia po stronie podażowej. A na koniec dodałem, że gwałtowny szok inflacyjny może też nadejść ze świata – wystarczy kryzys na Bliskim Wschodzie, by oszalały ceny ropy naftowej.

Los chciał, że miesiąc później ze świata rzeczywiście nadszedł kryzys, ale zupełnie innego rodzaju. Pandemia doprowadziła do szaleństwa na rynku ropy, ale nie do wzrostu, a do spadku cen (z 70 na 20 dol. za baryłkę). Tak gwałtowne spadki, wraz z ograniczeniem podwyżek płac i cen w czasie recesji, na pewien czas pozornie oddaliły od nas problem inflacji. Pozornie, bo wystarczyło, że skończył się okres taniej ropy, a demon odżył. Przez rok inflacja zachowywała się inaczej, niż wtedy pisałem – zamiast wzrastać, ustabilizowała się w okolicach 3 proc. Wystarczyła jednak odbudowa światowych cen ropy do poziomu sprzed kryzysu, a już mamy blisko 6 proc. Z coraz większym ryzykiem, że będzie rosnąć nadal.

Czytaj więcej

Galopująca inflacja mocno zmienia zainteresowania klientów

Problem z inflacją polega na tym, że jest jak fale na morzu – raz rozkołysane szybko się nie uspokajają, a w niesprzyjających warunkach potrafią się coraz silniej wypiętrzać. Decyduje o tym mechanizm oczekiwań inflacyjnych, albo inaczej mówiąc – spirali inflacyjnej. Jeśli wszyscy wierzymy, że ceny będą coraz szybciej rosnąć, żądamy od pracodawców podwyżek płac. A pracodawcy nam je dają, akceptując wyższe koszty produkcji i zakładając, że sami też podniosą ceny. Przy braku odpowiedniej reakcji ze strony banku centralnego może to prowadzić do stałego wzrostu inflacji, aż do naprawdę niebezpiecznego poziomu.

Jeszcze niedawno, kiedy mówiłem o tym zagrożeniu z młodymi ekonomistami, nie słyszałem u nich śladu niepokoju. Inflacja nie wyrwie się spod kontroli – odpowiadali – bo na wzrost polskich cen nie pozwoli konkurencja międzynarodowa. Zabawne jest to, że brak obaw wynikał z braku doświadczeń – znali tylko okres ostatnich dwóch dekad względnej stabilności kursu złotego. A tymczasem na horyzoncie rysuje się zagrożenie drugiego mechanizmu spirali inflacyjnej: wzrost cen prowadzi do osłabienia złotego, a to z kolei powoduje wzrost cen towarów z importu i dalsze, coraz silniejsze rozkręcanie się inflacji.

Zagrożenie pojawienia się podwójnej spirali jest bardzo poważne. Problem w tym, że raz rozhuśtane fale jest bardzo trudno z powrotem uspokoić. Dwie dekady temu wymagało to zastosowania dramatycznie wysokich stóp procentowych (ponad 20 proc. nominalnie, ponad 10 proc. realnie) i doprowadziło do ponad 20-proc. bezrobocia. Ale chyba opłaciło się, bo przez dwie dekady mieliśmy niskie oczekiwania inflacyjne i względnie stabilny kurs złotego. Szkoda byłoby to teraz zaprzepaścić. I to przez zwykłą nieudolność.