Tyle że w praktyce zamiast integracji mamy powolny rozpad Unii. Obok Schengen w awangardzie jest wolny przepływ usług.
Do trumny z napisem „wspólny wolny rynek" Komisja Europejska wbija właśnie kolejny gwóźdź. We wtorek ma zaproponować zmianę dyrektywy o tzw. pracownikach delegowanych. Polskie firmy mogą ich obecnie wysłać np. do wykonania kontraktu budowlanego we Francji, gdzie dostają przynajmniej lokalną płacę minimalną. Bruksela chce pójść dalej i wprowadzić obowiązek lokalnej płacy w danym miejscu i w danej branży. To oznaczałoby utratę zajęcia przez setki tysięcy Polaków, bo ich zatrudnianie przestałoby być opłacalne. Trzeba przecież pokryć koszty transportu, noclegów, tłumaczy itp.
Dla polityków na Zachodzie tzw. dumping socjalny to jeden z ulubionych tematów. Tani pracownicy z Polski nie dość, że zabierają pracę, to jeszcze oznaczają nieuczciwą konkurencję dla tutejszych firm. Brzmi znakomicie, nieprawdaż? Oczywiście głoszący takie poglądy nie postulują, by zasada „równa płaca za tę samą pracę" obowiązywała w Polsce wobec zagranicznych specjalistów czy menedżerów, którzy przyjeżdżają na kontrakty, np. przy budowie dróg. I zarabiają znacznie więcej niż miejscowi. Kozłem ofiarnym gospodarczych problemów Unii zostali pracownicy delegowani, zajmując np. we Francji miejsce hydraulika.
Problem jest jednak szerszy i dotyczy odradzającego się w Unii zjawiska protekcjonizmu. Kiedy w Niemczech i we Francji nasze firmy transportowe zdobyły pokaźną część rynku, szybko wprowadzono obowiązek lokalnej płacy minimalnej dla polskich kierowców. Nie pomoże? Polskie firmy przetrwają? To za jakiś czas wprowadzi się wymóg średniej płacy. Byłoby to zgodne z coraz popularniejszymi poglądami w Brukseli. Tylko po co w takim razie przyjmowano Polskę i inne biedne kraje do Unii i tyle nam opowiadano o wolnym wspólnym rynku?