Do tej pory firmowała pani swoje płyty i karierę pseudonimem Zaz. Czy pojawienie się imienia Isa w tytule zapowiada nowy etap i bardziej osobiste piosenki?

Jeśli chodzi o Zaz, czułam już pewien przesyt, dlatego postanowiłam coś zmienić i tego właśnie wyrazem jest powrót do mojego imienia Isa. Jeśli miałabym oceniać oba moje wcielenia, to z pewnością Zaz jest bardziej ekstrawertyczna, zaś Isa – bardziej skupiona na sobie. Jednak związek moich piosenek z życiem prywatnym zarówno pod szyldem Zaz, jak i Isa jest podobny: to wciąż ta sama osoba. Każda moja płyta jest osobista, opisuje to, co czuję.

Na płycie zwraca duet „Ogród łez" nagrany z Tillem Lindemannem z Rammsteina. Pochodzicie z różnych muzycznych bajek. Jak doszło do współpracy?

To był pomysł Tilla, od niego wyszedł, piosenkę napisał ze swoją byłą żoną. Dla mnie to była interesująca propozycja, ponieważ oznaczała zmianę. Zazwyczaj śpiewam rzeczy optymistyczne lub refleksyjne, tymczasem pojawiła się historia małżeńska z zabójstwem w finale. Pośrednikiem w nawiązaniu kontaktu była moja makijażystka, która pracowała w Niemczech przy koncercie Rammsteina. Till pytał, z kim jest związana we Francji, a gdy dowiedział się, że ze mną – przyznał, że bardzo lubi moje piosenki. Kiedy zbliżał się paryski koncert Rammsteina, zaprosił mnie.

Piosenka to opowieść o kochankach, którzy nie mogą się rozstać, o nienawiści silniejszej niż miłość.

Wiem, o czym mowa, wiem, o czym śpiewamy, ponieważ kiedy byłam jeszcze nastolatką, żyłam w takim związku i zdobyłam wiele złych doświadczeń, które staram się dobrze spożytkować. Teraz wiem, że miłość jest uczuciem nieskończonym, a żeby kochać kogoś – trzeba mieć przede wszystkim dobrą relację z samym sobą. Każdy z nas powinien zdawać sobie sprawę, że nikt nie wypełni naszej pustki skuteczniej niż my sami. To pierwszy krok do tego, by wchodzić w pozytywne związki.

Jak się pani czuła na planie wideoklipu, trzymając brzytwę na szyi Tilla, a potem odkupując jego grób?

Film kręciliśmy w Uzbekistanie. Na szczęście brzytwa była atrapą, rekwizytem. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo czułam się jak na prawdziwym planie filmowym. Till okazał się świetnym aktorem, obytym z kamerą. Tak naprawdę problemem było znalezienie czasu. Ja jestem zajęta, Till jest zajęty, trudno było dopasować kalendarze. Niedługo będzie wydawał coś z Rammsteinem. W sumie historia nagrania jednej piosenki trwała aż trzy lata. To chyba daje pojęcie, jak ponownie trudno będzie nam się spotkać.

Sposób nagrania płyty „Isa" był inny niż poprzednich. Na czym polegała zmiana?

Przede wszystkim miałam już dość śpiewania piosenek w stylu „Je veux". To piękny przebój, ale ile można? Dużo osób odeszło z mojego życia muzycznego, ale też wiele przyszło nowych. Na początku postanowiłam stworzyć coś w rodzaju mapy dochodzenia do płyty. Spisałem tematy, o których chciałabym śpiewać i rozesłałam je do kompozytorów. Gdy napłynęły propozycje, wybrałam najlepsze i pracowaliśmy razem, trochę sobie kreśląc, a trochę pisząc na nowo. Przy okazji zmieniłam zespół. Dowiedziałam się, że lubię zmiany, ale że bywają też stresujące, bo przecież pracuję na własnych emocjach, korzystając z mojej prywatności. Ostatecznie zrozumiałam, że zmiana była mi potrzebna.

Producent płyty Reyn ma studio w dawnym kościele. Jak to wpłynęło na panią?

Zaczęło się od tego, że szukałam aranżera moich piosenek, by brzmiały w nowy sposób. Na próbę przekazałam mu dwie piosenki. Odpowiedź była wspaniała: trafił w poetycką aurę, jaką chciałam stworzyć, i wtedy już wiedziałam, że zaproponuje Reynowi wyprodukowanie całej płyty. Założenie było takie, by instrumenty były organiczne, ale jakość cyfrowa. Tak naprawdę Reyn zaprosił nas do swojego świata, bo studio i jego mieszkanie są połączone – właśnie pod dachem dawnego kościoła. Nigdzie nie widziałam takiej kolekcji instrumentów, w tym fortepianów, jak u niego. To prawdziwy raj dla muzyków. A potem przenieśliśmy się do Brukseli, gdzie nagrywaliśmy z kameralną orkiestrą, co wynagrodziło mi brak koncertów w czasie pandemii.

Piosenka „Żywe kolory" wyraża obawę przed rasizmem i ksenofobią. Jak gorące są to problemy we Francji?

Kwestie związane z szeroko pojętą tolerancją, #MeToo czy feminizmem na pewno uświadomiły nam to, co wcześniej było pomijane. Jednak nie chciałam, żeby to była wypowiedź publicystyczna, tylko osobista. Chodzi o to, że problemy, o których wspominam, można rozwiązywać każdego dnia w naszym życiu. Każdy z nas każdego dnia może zająć w tej sprawie pozytywne stanowisko. Musimy opierać się przemocy. Wtedy świat wokół nas też się zmieni.

We Francji odbędą się wybory prezydenckie, w których kwestia stosunku do migrantów może być kluczowa. Co to oznacza dla Francuzów?

Perspektywy związane ze zwycięstwem niektórych kandydatów są dla mnie straszne, ale nie chcę ulegać panice: wolę myśleć i śpiewać pozytywnie. Wierzę, że społeczeństwo też zajmie pozytywne stanowisko. Wierzę w pozytywne myślenie Francuzów.