Propozycję libretta do opery o wojnie w Ukrainie George Brant otrzymał, gdy w nowojorskiej Metropolitan zajęty był przygotowaniem do premiery innej opery – „Grounded” opartej na jego głośnej sztuce o kobiecie pilocie F-16, wystawianej z sukcesem w Edynburgu, Londynie i Nowym Jorku z Anne Hathaway w roli głównej.

Reklama
Reklama

– Początkowo nie wiedziałem, jaki będzie temat i jakie powinny być postaci z nowej opery – mówi „Rzeczpospolitej” George Brant. – Po wybuchu wojny w Ukrainie śledziłem wszystkie możliwe o niej wiadomości, ale gdy doszło do konkretyzacji zamówienia, proces poszukiwania tematu toczył się powoli, choć bardzo intensywnie. Nie chodziło o pokazanie samej wojny, ale o coś, co byłoby nawiązujące do chwili obecnej, poruszające, ważne i zwłaszcza dla widza w Ameryce.

Z podobnymi problemami zmagał się jeden z najważniejszych twórców nowej muzyki w Ukrainie, Maksym Kołomijec. – Bardzo długo zastanawiałem się nad tym, co dokładnie powinno znaleźć się w operze, co powinno ilustrować emocje i jak można je wyrazić. Aby napisać pierwszy akord, poświęciłem cały miesiąc – opowiadał potem w wywiadzie.

Kateryna i Dasza jadą przez Polskę i Białoruś na Krym

– Postaci krystalizowały się stopniowo. Czytałem wszystko, co możliwe, jeśli chodzi o porwanie i wywózkę przez Rosjan dzieci ukraińskich – wyjaśnia George Brant. – Zyskałem znakomitego pomocnika ukraińskiego, który dostarczał mi materiałów, przeprowadzał wywiady z kobietami, które odważyły się jechać do Rosji, by odzyskać dzieci, a nawet dotarł do tych, które żyły w obozach u Rosjan.

Ostatecznie powstała opowieść o tragedii Kateryny i Daszy, których córki trafiają na letni obóz na Krymie, co okazuje się pułapką. Dzieci zostają odcięte od rodzin, są poddawane indoktrynacji, a ich powrót do domu staje się coraz mniej realny. Gdy kobiety dowiadują się, że mogą zostać oddane rosyjskim rodzinom do adopcji, postanawiają jechać na Krym. Aby ominąć strefę działań wojennych, zdeterminowane matki, które walczą o odzyskanie dzieci, przemierzają niemal pięć tysięcy kilometrów przez Polskę, Białoruś i Rosję.

– Oczywiście żadna z postaci „Matek Chersonia” nie jest w pełni autentyczna, ale każda została przeze mnie zbudowana z rzeczywistych przeżyć i doświadczeń ukraińskich kobiet – wyjaśnia amerykański dramaturg. – Myślę, że niczego nie zmyśliłem, przekonałem się o tym niedawno, kiedy z jedną z ukraińskich kobiet, która uratowała swojego syna, uczestniczyliśmy w panelu zorganizowanym przez Georgetown University w Waszyngtonie.

Maksym Kołomijec zaczął „Matki Chersonia” od kołysanki

Z kompozytorem autor libretta spotkał się przed rozpoczęciem pracy. – Nie było to łatwe, bo ja mieszkam w Michigan, a Maksym Kołomijec w Niemczech, ale udało się zorganizować nasze spotkanie w Nowym Jorku – wyjaśnia. – A potem pracowaliśmy jeszcze razem, także w Nowym Jorku, ale to było już takie warsztatowe spotkanie.

– Sam tekst podpowiadał mi, jak najlepiej pisać. Opera rozpoczyna się kołysanką, która jest wpisana w libretto. Zrozumiałem, że ona powinna stać się punktem odniesienia dla całego spektaklu, nadawać mu ton – zdradza kompozytor i dodaje, że jedną część tej melodii rozpozna każdy Ukrainiec.

Kompozytor Maksim Kołomyjec i dyrygentka Keri-Lynn Wilson

Matki Chersonia

Kompozytor Maksim Kołomyjec i dyrygentka Keri-Lynn Wilson

Foto: Karpati&Zarewicz

Problemem był oczywiście język, w operach bohaterowie z reguły starają się o bardziej kunsztowną formę wypowiedzi, a „Matki Chersonia” wymagają języka codziennego. – To rzeczywiście było trudne, bo większość postaci to zwykli, wręcz prości ludzie w zwyczajnych sytuacjach – mówi George Brant. – Ale oni w wyniku określonych sytuacji ewoluują, zmieniają się, więc w operze, gdy postaci przekraczają pewne bariery, przestają rozmawiać, a zaczynają śpiewać. I nasi bohaterowie nie rozmawiają, lecz śpiewają.

Temat opery zainspirował jej twórców też do wprowadzenia na scenę dzieci. – Nie zakładałem tego od początku – wyjaśnia George Brant. – Teraz jestem bardzo zadowolony, że się na to zdecydowałem, bo dziecięcy chór Opery Narodowej śpiewa pięknie i sceny z nim są wzruszające.

Kompozytor zapewnia zaś, że cała tkanka muzyczna opery jest klarowna i przejrzysta. Libretto zostało napisane po angielsku i w takiej wersji „Matki Chersonia” zostaną wystawione w Warszawie. Powstało też już tłumaczenie tekstu na ukraiński, wykorzystane podczas koncertowego wykonania opery w Kijowie.

Opera o dzisiejszej wojnie jak antyczna tragedia

„Matki Chersonia” nie są oczywiście pierwszą operą o wojnie. W tym sezonie w Metropolitan odbędzie się choćby premiera głośnego dzieła amerykańskiego kompozytora Kevina Putsa „Silent Night”, której akcja rozgrywa się podczas I wojny światowej w okopach wrogich armii Niemiec i Francji w Wigilię Bożego Narodzenia. „Matki Chersonia” nie sięgają jednak w przeszłość, dotykają tego, co dzieje się dziś, niemal na naszych oczach.

– To jest coś więcej niż opera dokumentalna, ona dotyczy sytuacji, która cały czas trwa i możemy mieć na nią realny wpływ – mówiła „Rz” Barbara Wysocka, która reżyseruje „Matki Chersonia”. – Nazywam je także dokumentalną operą drogi. Mimo że punktem wyjścia są tu prawdziwe wydarzenia, ważne jest wzniesienie się na poziom doświadczenia uniwersalnego, niemal mitycznego: matki szukającej utraconego dziecka. To spektakl traktujący również o sprawach uniwersalnych – o miłości, walce o władzę, o przemocy, walce o wolność. To sprawy najważniejsze. Zajmowała się nimi grecka tragedia, zajmujemy się nimi dziś.

Kierownictwo muzyczne „Matek Chersonia” objęła ukraińsko-amerykańska dyrygentka Keri-Lynn Wilson. W obsadzie są m.in. Izabela Matuła i Małgorzata Walewska. Premiera w Operze Narodowej już 16 października. W Metropolitan „Matki Chersonia” zostaną pokazane w sezonie 2027/2028.