Urodzinowo-jubileuszowe obchody, bo to również 70-lecie pracy artystycznej Jerzego Maksymiuka, Filharmonia Narodowa zaplanowała aż na dwa dni. 8 kwietnia odbędzie się pokaz filmu dokumentalnego Tadeusza Drozdowicza „Maksymiuk. Koncert na dwoje”. Ekipa realizacyjna towarzyszyła artyście oraz jego żonie Ewie niemal przez rok, filmując ich zarówno w domu, jak i podczas koncertów Jerzego Maksymiuka w Anglii, Szkocji czy Francji.
Powstał bardzo osobisty, momentami wręcz intymny portret samego artysty, ale i związku dwojga bardzo bliskich sobie ludzi, bo Ewa Piasecka-Maksymiuk zawsze towarzyszy mężowi w jego działalności muzycznej. Oboje bohaterowie filmu oraz reżyser Tadeusz Drozdowicz będą na pokazie, który poprzedzi rozmowa z nimi.
Jerzy Maksymiuk
Jerzy Maksymiuk z żoną, kadr z filmu „Maksymiuk. Koncert na dwoje”
A 9 kwietnia szykuje się uroczysty, wyjątkowy koncert. Jerzy Maksymiuk będzie dyrygował dwoma orkiestrami. Wybrał utwory swoich ulubionych kompozytorów. Sinfonię Varsovia poprowadzi w suicie „Ognisty ptak” Strawińskiego, a orkiestrę Filharmonii Narodowej w finałowej części I Symfonii Sibeliusa. Potem Chór Filharmonii Narodowej zaśpiewa „Trois Chansons” Ravela, szczególnie lubianego przez Maksymiuka. A na finał wszystkie trzy zespoły tym razem pod dyrekcją Krzysztofa Urbańskiego połączą siły w potężnym „Exodusie” Kilara. Być może będą także jeszcze niespodzianki.
Jerzy Maksymiuk z ojcem uciekł przed Rosjanami
Muzyka towarzyszy mu od zawsze, ale na początku były to popularne melodie: tango „Jalousie” czy chwytliwy czardasz Montiego. To ojciec Maksymiuka grał na skrzypcach jeszcze w Grodnie, w domu na Orlej 6 nad Niemnem. I on był też pierwszym nauczycielem syna, a że nie mieli pianina, więc ojciec narysował klawiaturę i grał na niej jak na fortepianie.
W 1941 r., gdy Rosjanie mieli ostatecznie zamknąć granicę, ojciec zabrał skrzypce i parę butelek bimbru, a sześcioletni Jurek swoje dziecinne skrzypeczki. Wódka przydała się, bo gdy zatrzymywały ich patrole, żołnierze dostawali ćwiartkę i puszczali wolno. – Pamiętam drogę przez paleniska, zgliszcza, z których wystawała ręka albo zwęglone już ciało. Nigdy nie zapomnę zapachu palącego się trupa – wspominał Jerzy Maksymiuk po latach.
Tak dotarli do Białegostoku, gdzie żyła rodzina matki. On, gdy dorośnie, będzie zawsze mówił, że jest białostoczaninem, że to jego miasto, z którego wyruszył w świat. Nim tak się stało, ogromnie ważną rolę w jego życiu odegrał Jan Tarasiewicz, też przybysz ze wschodu, którego Rosjanie wyrzucili z jego majątku pod Sokółką. Chcieli go zabić, już kazali kopać grób, ale w ostatniej chwili udało mu się uciec.
Jan Tarasiewicz był absolwentem konserwatorium w Petersburgu, w swoim dworku miał dwa fortepiany, gdy odwiedzał go Rachmaninow, grali na nich razem. W Białymstoku mieszkał za to w maleńkim pokoju, w którym mieściło się właściwie tylko pianino i łóżko. No i był czajnik, bo podczas lekcji pili herbatę, którą Tarasiewicz lubił doprawiać winem. Profesor komponował i w 14-letnim Jurku, który do niego przyszedł na naukę, też widział przyszłego kompozytora. Maksymiuk już wtedy zresztą komponował.
– Gra profesora zatrzymała się na pewnym poziomie, ale był artystą i największym dla mnie autorytetem. – opowiada mi. – Przyjaźniliśmy się, bywałem u niego więcej niż w domu rodzinnym. Grałem tam dziennie, wstyd powiedzieć, nie sześć, a czternaście godzin. To on przywiózł mnie do akademii do Warszawy, gdzie nie znał nikogo, za to łatwo nawiązywał kontakty i powiedział, że trzeba mnie uczyć. Zagrałem komisji preludium Rachmaninowa i coś swojego, uznano, że mam źle ustawioną rękę, ale przyjęto.
Dlaczego Jerzy Maksymiuk nie został pianistą
Na studiach bardziej jednak marzył, żeby zostać pianistą. – Każdy chce. Gramy na fortepianie, na skrzypcach, a gdy za bardzo nam nie wychodzi, zaczynamy dyrygować – ocenia dzisiaj. – Jak ze dwa dni nie ćwiczysz na fortepianie, to już słychać różnicę. A w dyrygowaniu jeden gest wystarczy dla ośmiu nut.
On też chciał bardzo zostać solistą. Tak jak w Białymstoku potrafił ćwiczyć od siódmej rano do nocy, więc w akademiku koledzy wkładali między młotki fortepianu koc albo ręczniki, by im nie przeszkadzał. Sam natomiast gumkami od weków rozciągał palce, by powiększyć zakres swoich niedużych dłoni na klawiaturze. I miał już osiągnięcia. Zwyciężył w Konkursie im. Paderewskiego w 1961 r., ale wirtuozem nie został.
– Bo grałem przede wszystkim muzykę współczesną, moi koledzy, jak coś skomponowali, zaraz biegli do mnie, prosząc, bym ja to zagrał. Byłem znany z tego, że szybko uczyłem się nowych rzeczy. A ja marzyłem o III Koncercie Rachmaninowa, ale trzeba mieć do niego siłę. Jak można to zagrać taką małą ręką jak moja? – wyjaśnia mi teraz.
Z karierą pianisty rozstał się bez żalu, ale kiedy sięga do zachowanych swoich nagrań z tamtego konkursu, wspomnienia wracają. – Grałem wtedy niezwykle muzykalnie i precyzyjnie. Gdybym nie wiedział, kto siedzi tam przy klawiaturze, sam bym się zdziwił – mówi dzisiaj. – Sam mistrz Janusz Olejniczak mnie pochwalił.
Polska Orkiestra Kameralna podbiła świat
Zawsze był tytanem pracy, więc gdy rozpoczął studia dyrygenckie, też oddał się im bez reszty. – Młody dyrygent po skończeniu studiów właściwie nigdy nie ma możliwości pracy z dużą orkiestrą. A ja niemal od razu dostałem do prowadzenia spektakle w Teatrze Wielkim – mówi. – Poszedłem jednak drogą nietypową, od dużej orkiestry do małej, kameralnej. I do stworzenia Polskiej Orkiestry Kameralnej, której przebojem stała się XVII-wieczna „Tamburetta” Adama Jarzębskiego, trwająca niespełna dwie i pół minuty. Graliśmy ją na całym świecie.
Polska Orkiestra Kameralna, którą Jerzy Maksymiuk stworzył w latach 70. stała się rzeczywiście ewenementem na skalę światową. Wyłoniwszy się z niebytu niemal w błyskawicznym tempie sięgnęła szczytu, próbowały Polakom dorównać wszystkie najlepsze zespoły kameralne. Gdy na jej próbę przybyli do Warszawy przedstawiciele EMI, wystarczyło im posłuchać jednego utworu i podpisali kontrakt na 14 płyt, nagrywanych m.in. w legendarnym londyńskim studiu przy Abbey Road.
– W tamtych czasach to było jak otrzymanie nie jednej, ale trzech Nagród Nobla – śmieje się dziś Maksymiuk, ale zaraz potem dodaje: – Ja jestem kapral po prostu i wiem, że dzisiaj z moimi metodami pracy nie stworzyłbym orkiestry. Moi muzycy na początku nie wydawali się supernadzwyczajni, ale była w nas determinacja, jak na przykład zagrać „Serenadę” Czajkowskiego, żeby był w niej walc, który tańczy dziewczyna z chłopcem, myśląc jednak o czymś innym, może o swoim dzieciństwie? Takich subtelności szukaliśmy, nie śpiesząc się. Gdy skrzypkowie grali za głośno, podchodziłem do każdego z nich i unosiłem mu smyczek. Dla nas liczyła się chęć dotarcia do Londynu, do tamtejszych estrad. Inne rzeczy nas nie obchodziły, nikt wtedy nie pytał, kto i ile nam za to zapłaci. Po prostu chcieliśmy się wyrwać z szarego, komunistycznego świata.
Była w nas determinacja, nikt wtedy nie pytał, kto i ile nam za to zapłaci, ale chcieliśmy się wyrwać z szarego, komunistycznego świata.
Orkiestra kameralna niesie jednak pewne ograniczenia, jej repertuar jest limitowany. – Naszym utworem numer jeden, o który proszono zawsze i wszędzie, była właśnie „Serenada” Czajkowskiego. Kiedy skończyliśmy ją grać podczas występu w Londynie, wybuchła taka owacja, że myślałem, iż coś się wali, a to zachwyceni Anglicy mocno bili nogami w podłogę. – opowiada. – A ja już wszystko w niej odkryłem. I kiedy ludzie mówią, że wykonanie jest doskonałe, zaczynam taki utwór psuć, więc zamiast psucia lepiej przestać grać.
Dziesięć lat w Szkocji
W 1983 r. niespodziewanie zatem dla fanów Maksymiuka i Polskiej Orkiestry Kameralnej on przyjął propozycję prowadzenia BBC Scottish Orchestra. I został tam dziesięć lat.
– Zatrudniono mnie, żebym wydobył ją z biedy – I się udało, bo pokazała znakomite rzeczy. Jak poszedłem na pierwszą rozmowę, zapytano mnie, czy chcę z nią pracować, to zapytałem: „A co mam z nią robić?”. I usłyszałem odpowiedź: „Wszystko, co chcesz, byle orkiestra była dobra”. Zaczęliśmy od grania gam, ale nikt z muzyków się nie oburzał. Było mi tam dobrze, mogłem proponować, co chciałem, a taka sytuacja nie zdarza się często. Jak się prowadzi orkiestrę, trzeba tak wybierać dla niej utwory, żeby ona mogła się rozwijać, a jednocześnie żeby koncerty podobały się publiczności, a także, żeby to była wartościowa muzyka. Dyrekcja nie żądała, żeby grać pod publiczność, jak to się dzisiaj robi, kiedy zamiast uwertury wybiera się do programu coś z muzyki filmowej, a potem dodaje się Beethovena. Mnie to nie interesuje. Oczekiwano ode mnie po prostu dobrej muzyki, a orkiestra miała się rozwijać.
Film przeszkadzał Jerzemu Maksymiukowi
Jest jeszcze muzyka Jerzego Maksymiuka, którą sam skomponował. Napisał na przykład ścieżkę dźwiękową do ponad stu filmów dokumentalnych i fabularnych. Zaczynał od pracy z wybitnym dokumentalistą Tadeuszem Makarczyńskim, za najlepszą uważa muzykę, którą stworzył do „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Hasa. Może dlatego, jak mówi, że dano mu wolną rękę.
W pewnym momencie jednak zrezygnował, choć żartował, że na początku chodził do wytwórni filmowej piechotą, potem zajeżdżał białym BMW. – Zorientowałem się, że film przeszkadza mi w pisaniu innych rzeczy – wyjaśnia. – Na przykład jeden dźwięk, jeden akord, który trwa, który tyka, dobrze sprawdza się w filmie, ale w muzyce czystej, takiej koncertowej, już nie. Taki pomysł zostaje w głowie i zaczyna wpływać na kształt tego, co się w ogóle pisze. Dobrze, że zauważyłem to niebezpieczeństwo. Inni kompozytorzy tego nie dostrzegli i wpadli w filmową pułapkę, w tę skrótowość własnej muzyki.
Przez lata nie miał jednak czasu na poważniejsze zajmowanie własną twórczością. – Jak stale były oklaski, to człowiek chętnie wybiegał na estradę, by dyrygować kolejnym koncertem – wyjaśnia.
Piszę piórem. Nie mogę na komputerze, on przeszkadza w powstawaniu czegoś ładnego, bo jest za łatwo.
Gdy zwolnił nieco tempo koncertowe, zyskał wreszcie czas na spokojne komponowanie. – Piszę i to od razu na całą orkiestrę. Ja to słyszę. Ale wpierw musi mnie coś zainspirować, na przykład zdanie, które kiedyś przeczytałem: Czy da się zatańczyć na linii kolorowym cieniem? – zdradza, dodając: – Piszę piórem. Nie mogę na komputerze, on przeszkadza w powstawaniu czegoś ładnego, bo jest za łatwo. Można jednym ruchem przesunąć w inne miejsce parę taktów, albo nawet połowę utworu. A pisząc piórem, ogarniam całość.
Muzyka jest z nim nadal. Nieustannie. W domu najchętniej studiuje partytury utworów innych kompozytorów i po prostu je przepisuje. Tak robi także wtedy, gdy przygotowuje się do koncertów. – Moja mama często powtarzała: „Ucz się od ludzi, oni cię wszystkiego nauczą” – mówi. I wie, że choć nigdy nie była na żadnym jego koncercie, to kiedy występował w telewizji, chwaliła się sąsiadkom, że Jurek na ludzi wyszedł.