W świecie nieustannej pogoni za nowościami „Giselle” jest czymś niespotykanym. 180 lat po paryskiej premierze prezentowana w wersji niemal niezmienionej, wciąż przykuwa uwagę i co więcej – wzrusza. Z ogromnym zainteresowaniem powitano jej powrót po trzech dekadach do Opery Narodowej. Bilety na pierwsze cztery listopadowe przedstawienia szybko się rozeszły.

Duchy dziewcząt

„Giselle” jest jak Mona Lisa Leonarda. Ci, którzy znają takie ikony światowej kultury, chętnie obejrzą po raz kolejny, kto dotąd nie widział, chce wreszcie poznać. Ten balet jest wszakże swoistym fenomenem, jego pierwszy akt to standardowa opowiastka o lekkomyślnym księciu, który rozkochał w sobie młodą wieśniaczkę, a ona uwierzyła, że spotkała miłość swojego życia.

Tonacja zmienia się, gdy prawda wychodzi na jaw, ale w rejony wielkiej sztuki wprowadza widza dopiero akt drugi – kwintesencja XIX-wiecznego romantyzmu. Scenę biorą wówczas we władanie wilidy, duchy zmarłych dziewcząt, które nocami mszczą się na niewiernych młodzieńcach.

Czytaj więcej

Wielkie balety na wielkich ekranach

„Giselle” narodziła się w czasach, gdy balet stawał się samoistną sztuką, nie zaś beztroskim machaniem nogami. Choreografia Jeana Corallego i Julesa Perrota z 1841 r. wolna jest zaś od wynaturzeń, jakich w balecie klasycznym dokonano potem w Rosji. Kroki, pozy czy podnoszenia partnerki są proste, a taniec na tzw. pointach stosowany po to, by wzmocnić ulotność, zwiewność tańca. Wilidy powinny unosić się nad ziemią, a nie mocno po niej stąpać.

Taniec nie ma tu olśniewać ilością piruetów i skoków, a wyrażać uczucia. Niby proste, ale trudne do osiągnięcia, jeśli chce się, by romantyczna „Giselle” nadal wzruszała. Dlatego francuskiego arcydzieła nie jest łatwo ożywić, bo klasyka – nie tylko baletowa – nie jest dziś zbyt pociągająca.

Solo i w zespole

Polskiemu Baletowi Narodowemu to się udało, nawet jeśli scenę śmierci bohaterki można było rozegrać wyraziściej, bo dramatyzmu było więcej w muzyce dyrygowanej przez Patricka Fournilliera, niż w tańcu. Realizatorka inscenizacji Maina Gielgud, wychowanka baletu angielskiego, przykłada też nieco mniejszą wagę do elastyczności rąk tancerek, o co wzbogaciła „Giselle” szkoła rosyjska. Ale gdy 24 tancerki warszawskiego corps de balet o idealnie dobranych sylwetkach tańczą w perfekcyjnie dokładnych szeregach, jest to przyjemność obcowania z zespołem na światowym poziomie.

Równie precyzyjne są tańce wiejskie i pas de six dziewcząt w I akcie. A w pas de deux pobocznych bohaterów (Mai Kageyama i Diogo de Oliveira) oprócz solowych popisów należy docenić precyzyjne partnerowanie wzajemne. W II akcie efektownie zaznaczyła swoją obecność Natalia Pasiut (Mirta, królowa wilid).

Przez 180 lat w tytułową Gisellę wcielały się najsławniejsze artystki świata. Wśród bohaterek klasycznego baletu ta postać wymaga dodatkowo połączenia dziewczęcej beztroski z przejmującym dramatyzmem. Wybrana do obsady premierowej Chinara Alizade ma sylwetkę idealną do Giselle, potrafiła pokazać jej przemianę, a w II akcie ułożeniem głowy, rąk, pochyleniem sylwetki i ulotnością stanowiła kwintesencję romantycznej zjawy. Od flirtu i zabawy do rozpaczy potrafił przejść jako książę Albert Vladimir Yaroshenko, wyrazistym Hilarionem był Kristóf Szabó.

Premiera była też hołdem dla wielkiego artysty, zmarłego w 2011 r. Andrzeja Kreutz Majewskiego. Jego scenografie były ozdobą spektakli w londyńskiej Covent Garden, nowojorskiej Metropolitan, festiwalu w Salzburgu, teatrów w Paryżu, Monachium, Los Angeles, Zurychu i innych metropoliach. Przez ponad trzy dekady był głównym scenografem Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie stworzył też dekoracje i kostiumy do poprzedniej inscenizacji „Giselle”, obecnie przywrócone do życia. Nie jest to jego najważniejszy projekt, dostosował się do XIX-wiecznej konwencji, ale dodał tak charakterystyczny dla niego rys świata groźnie zdeformowanego. Za kulisami odsłonięto poświęconą artyście złotą tablicę, choć szkoda, że o tym fakcie widzowie właściwie się nie dowiedzieli.