Czy spodziewała się Pani tak wielkiej eksplozji emocji wokół „Lalki” – tej serialowej i kinowej?

Aktualna wrzawa wokół „Lalki” zupełnie mnie nie zaskoczyła. I nie dlatego, że od początku dzieliła krytykę i czytelników, a pod koniec XIX wieku spierano się o nią równie mocno. Dziś „Lalka”, zarówno powieść, jak i jej filmowe adaptacje, to już przecież nie tylko dzieło artystyczne. To także element biografii całego pokolenia. Osobiste wspomnienie, tło dla dzieciństwa i młodości, któremu każdy z nas nadał własne znaczenie.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Zagrał w „Lalce”, a potem obejrzał serial Netfliksa. Marcin Dorociński dla „Rz”: Bałem się oczekiwań

Dla mnie jako dziecka serial z Jerzym Kamasem i Małgorzatą Braunek był takim cudownym schronieniem, bezpiecznym miejscem, gdzie świat miał swoje zasady, a dorośli nie zachowywali się jak dzieci. Pozostał mi więc do niego ogromny sentyment. Ale po pracy nad biografią Prusa spojrzałam na powieść inaczej. Teraz to dla mnie cudownie nieprawdziwa autobiografia samego autora. Jego osobista opowieść o tym, co przeżył i jak chciał o tym pamiętać. I dlatego do nowego serialu zasiadłam z otwartym sercem i bez sentymentu.

Monika Piątkowska, autorka biografii Bolesława Prusa „Prus. Śledztwo biograficzne", Znak

Monika Piątkowska, autorka biografii Bolesława Prusa „Prus. Śledztwo biograficzne", Znak

Foto: materiały prasowe

Czy ta wysoka temperatura również hejtu - podobna Sandra Drzymalska czuje się bardzo dotknięta wieloma uwagami, to jest tylko specyfika naszych czasów, Polski podzielonej na dwa obozy i przenoszenia politycznej nienawiści do sztuki, czy tak już było przy okazji książkowej premiery oraz dwóch ekranizacji, Hasa i Bera?

Dyskusji, która toczy się teraz wokół serialu Pawła Maślony nie uważam za hejt. To zrozumiałe, że twórców mogą boleć niepochlebne opinie. Bolesław Prus także źle znosił krytykę i nie on jeden – nikt przecież nie chce, by to, z czego jest dumny, było nadgryzane przez niepochlebne komentarze.

Publiczność jednak ma prawo wyrażać swoje opinie i jest to jej prawo niezbywalne. Wydaje mi się zresztą, że sporów wokół projektu należało się od samego początku spodziewać – przecież serial tak daleko odbiega od oryginału i jest tak bardzo autorską reinterpretacją, że było oczywiste, iż wywoła kontrowersje. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że w przestrzeni publicznej wypowiadają się i ci, którzy czują się nim zawiedzeni, i ci, których zachwyca. Jedni i drudzy mają do swoich opinii prawo.

Czytaj więcej

Uszanujmy obie „Lalki” zanim Władimir Putin ześle nas na Syberię

Mimo wszystko jednak, fajne jest to, że tak gorąco rozmawiamy o sztuce. Dzięki tej podgrzanej atmosferze więcej ludzi sięgnie po powieść i obejrzy dotychczasowe adaptacje, a to duży zysk społeczny. Bądź co bądź „Lalka” to wciąż najlepsza polska powieść i dobrze, że znów stała się ważna.

Jako autorka biografii Prusa przypomina Pani również o bardzo dotkliwym ataku na Prusa jego szkolnego kolegi Aleksandra Świętochowskiego, z drażliwymi prywatnymi przytykami. Jak to wtedy zostało odebrane?

Teraz wydaje się nam to niepojęte, ale gdy „Lalka” po raz pierwszy trafiła do księgarń wcale nie wzbudziła entuzjazmu krytyków. Było już wtedy jasne, że odniosła sukces. Czytelnicy zakochali się w niej od pierwszego odcinka opublikowanego w „Kurierze Codziennym” i uczucie to się utrzymało na tyle, że chcieli kupić jej książkowe wydania. A taki sukces polskiego autora nie był wówczas czymś codziennym.

Jednak dla części krytyki nie było to wydarzenie łatwe do przełknięcia. Tak więc pośród przychylnych głosów co i rusz pojawiały się połajanki, a Aleksander Świętochowski, niegdyś kolega ze szkolnej ławy Prusa, a potem jego oponent, dosłownie rzucił się na autora „Lalki”, kąsając go w podzielonym na osiem części studium.

Krytykowano postać Izabeli, Rzeckiego i Wokulskiego. Wytykano, że jego miłość jest zrobiona z papieru, a on sam jest dziwnym nieprzyjemnym człowiekiem z fochami. Współcześni Prusowi słusznie zauważali, że autor nie ma pojęcia o robieniu interesów, więc bogactwo Wokulskiego i jego droga doń, zostały dość pobieżnie opisane. 

Monika Piątkowska

Jakie zarzuty stawiano „Lalce?

Dotyczyły zwykle złej kompozycji, słabej psychologii postaci i wreszcie nierównego tempa akcji. Jedni widzieli w niej powieść mieszczańską, inni parodię romantyzmu, a jeszcze inni nieudany projekt literacki pokazujący czas zmian społecznych. Krytykowano postać Izabeli, Rzeckiego i Wokulskiego. Wytykano, że jego miłość jest zrobiona z papieru, a on sam jest dziwnym nieprzyjemnym człowiekiem z fochami. Współcześni Prusowi słusznie zauważali, że autor nie ma pojęcia o robieniu interesów, więc bogactwo Wokulskiego i jego droga doń, zostały dość pobieżnie opisane.

Niemal od razu podniesiono również, że fabuła „Lalki” nie odpowiada realiom społecznym: zamożny kupiec, mężczyzna dojrzały w tamtych czasach nie biegał za ukochaną po kwestach, a i arystokracja bez oporów otwierała salony przed bogatymi przedsiębiorcami. Były to przecież czasy rewolucji przemysłowej – gdy pieniądz i zmysł do biznesu był więcej wart niż szlachecki tytuł, a bogaci przemysłowcy jak Leopold Kronenberg, potentat i milioner, gromadzili w swoim salonie kwiat polskiej arystokracji.

Warto jednak pamiętać, że opowieść o zdobywaniu niedostępnej kobiety była osobistym doświadczeniem Prusa. Różnica polegała na tym, że gdy starał się o swoją przyszłą żonę – był biednym chłopakiem bez perspektyw i rodzinnego wsparcia, musiał więc uciekać się do forteli, by zyskać sympatię teściowej.

Tymczasem kupiec Wokulski, w którym zawarł swoje doświadczenia, był bogaty, doświadczony i żadnych forteli nie potrzebował, bo każda Izabela była dlań na wyciągnięcie ręki. Chociaż więc doświadczenia Wokulskiego miały swój odpowiednik w realnym życiu Prusa, były więc w potocznym tego słowa znaczeniu prawdziwe, to zarzut krytyki także był słuszny.

Jak więc „Lalka” łączy się z życiem Prusa?

„Lalka” to nie tylko znakomita powieść, ale i znakomita autobiografia Bolesława Prusa. Motywy i wydarzenia, które ją tworzą pojawiały się w jego twórczości już wcześniej: nieudolny finansowo arystokrata, a zarazem ojciec panny na wydaniu, sprzedaż kamienicy jako remedium na upadek rodziny, szlachetny lecz pogardzany przez teściów konkurent i jego rywal, kuzyn Starski czyhający na majątek krewnej, wreszcie tajemniczy naukowiec Geist – wszystko to znaleźć można w jego zapomnianych dziś opowiadaniach i niedokończonych projektach wyprzedzających „Lalkę” o kilka lat.

Nieustannie do nich wracając, Prus mierzył się z bolesnym dla niego doświadczeniem, gdy po załamaniu nerwowym i nieudanych studiach, zmagając się z konsekwencjami stresu pourazowego nabytego w Powstaniu Styczniowym i traumami lat dziecinnych, biedny i bez perspektyw starał się o rękę kuzynki Oktawii Trembińskiej.

Czytaj więcej

Reżyser kinowej „Lalki”: Wokulski dotyka polskiej duszy, tacy jesteśmy

W tamtym czasie małżeństwo to jawiło mu się jako ratunek na wszystkie jego problemy. Stąd niechęć teściowej – ta uważała się bowiem za arystokratkę, a ratunek widziała w sprzedaży należącej do rodziny kamienicy – oraz powściągliwość kuzynki, której nakazano wyjść bogato za mąż, bolały go szczególnie mocno. Aby wreszcie przełamać impas, Prus postanowił zdobyć uczucia teściowej – czyli powieściowego Tomasza Łęckiego – oferując pomoc rodzinie i ta strategia przyniosła mu sukces.

Traktowanie Oktawii Trembińskiej jako pierwowzoru Łęckiej 1 do 1 nie jest jednak uzasadnione. Przed ślubem Prus zakochał się bowiem do szaleństwa w innej kobiecie, seksownej bywalczyni salonów i to ona nadała postaci hrabianki ten specyficzny erotyczny czar.

Warto jednak pamiętać, że opowieść o zdobywaniu niedostępnej kobiety była osobistym doświadczeniem Prusa. Różnica polegała na tym, że gdy starał się o swoją przyszłą żonę – był biednym chłopakiem bez perspektyw i rodzinnego wparcia, musiał więc uciekać się do forteli, by zyskać sympatię teściowej. Tymczasem kupiec Wokulski, w którym zawarł swoje doświadczenia, był bogaty, doświadczony i żadnych forteli nie potrzebował, bo każda Izabela była dlań na wyciągnięcie ręki. 

Monika Piątkowska

Ile Wokulskiego w Prusie?

Gdy idzie o postać Wokulskiego, to już współcześni mu, słusznie dostrzegali, że to nikt inny jak wyidealizowana wersja Bolesława Prusa – rodzaj fantazji o samym sobie, który nosił w sercu i która czasem się objawiała światu awanturami i nieprzejednaną postawą. Warto jednak zauważyć, że Ignacy Rzecki, dopełnienie kupca, to także autobiograficzna kreacja autora. I także fantazja, choć osadzona na realnych wydarzeniach, które stały się udziałem autora i które utworzyły biografię Rzeckiego. Prus pisał w notatkach, że właśnie takim człowiekiem chciałby się stać: pogodzonym z losem, solidnym, spokojnym i szukającym szczęścia w małych rzeczach. Nigdy mu się to jednak nie udało.

Naturalnie „Lalka” ma znacznie więcej odniesień autobiograficznych, by nie powiedzieć, że cała zbudowana jest na osobistych doświadczeniach. Prus zawarł w niej wspomnienia studenckich czasów, własne fobie i marzenia, jak choćby to o władaniu językiem obcym, strach przed jazdą pociągiem, fascynację Oktawią Rodkiewiczową, przyszłą żoną Stefana Żeromskiego, miłość do brata Leona, wspomnienia lubelskiego sklepu Mincla, merkantylny związek z zamożną kupcową, który jemu samemu podreperował finanse.

Upamiętnił postać przyjaciela Juliana Ochorowskiego i swojego domowego lekarza, a także wiele innych bliskich jego sercu osób i zdarzeń. Ten silny związek z biografią autora dodał powieści rozmachu, pozwolił na szeroką perspektywę, ale też stał się źródłem najrozmaitszych psychologicznych i obyczajowych niekonsekwencji. Nie można więc powiedzieć, że „Lalka” wiernie i co do miejsca po przecinku oddaje realia epoki i rzeczywisty obraz życia dziewiętnastowieczej Warszawy. Nikt jednak nie wymaga od powieści, by była zdjęciem z podkręconym kontrastem. To świat widziany konkretnymi oczami konkretnego autora – a to jest istota sztuki jako takiej – osobista, unikalna perspektywa.

Niemal od razu podniesiono również, że fabuła „Lalki” nie odpowiada realiom społecznym: zamożny kupiec, mężczyzna dojrzały w tamtych czasach nie biegał za ukochaną po kwestach, a i arystokracja bez oporów otwierała salony przed bogatymi przedsiębiorcami. Były to przecież czasy rewolucji przemysłowej – gdy pieniądz i zmysł do biznesu był więcej wart niż szlachecki tytuł, a bogaci przemysłowcy jak Leopold Kronenberg, potentat i milioner, gromadzili w swoim salonie kwiat polskiej arystokracji. 

Monika Piątkowska

Da się Pani namówić na ocenę „Lalki” Maślony?

Nie jestem fanką „Lalki” w reżyserii Pawła Maślony. Uważam także, że sprowadzenie opowieści do archetypicznej historii o mężczyźnie, który chce się dostać do konkretnego środowiska i kobiecie, która się przeciwko temu środowisku buntuje, jest nietrafione. Archetyp to tylko punkt wyjścia. Historia bohatera, który zostaje zdradzony przez najbliższych, a potem konsekwentnie realizuje na nich zemstę, może być zarówno „Hrabim Monte Christo”, jak i „Kill Billem”.

O tym, czy będzie jednym czy drugim, zdecyduje świat, w którym archetyp zanurzymy i bohater, który z tym konkretnym światem wchodzi w interakcję. W nowej „Lalce” świat ten jest tak bardzo umowny i teatralny, że staje się pustą dekoracją. Rozumiem, że to zabieg celowy i że z tej perspektywy nie jest ważne, że dom Łęckich przypomina raczej pałac niż mieszkanie zubożałych arystokratów, Izabela Łęcka kupuje gazetę, a na arystokratycznych salonach używa się i różnych substancji, i wulgaryzmów.

Jeśli dobrze czytam myśl twórców – ważna miała być raczej historia mężczyzny i kobiety, podobnych do nas samych, którzy za wszelką cenę chcą zrealizować swoje pragnienia. Cóż, uważam, że zamysł ten się nie udał. Włożenie Izabeli i Stanisława do umownego świata, trochę dziewiętnastowiecznego, a trochę z tu i teraz, niestety, odebrało im grunt, z którego wyrośli, a nic nie dało w zamian. Zaś mnogość dopisanych wątków sprawia, że nie oglądamy już historii autorstwa Bolesława Prusa, a historię, której autorami są twórcy serialu.

Nie dziwią mnie natomiast zachwyty nad parą głównych bohaterów. Tomasz Schuchardt i Sandra Drzymalska mają w sobie to coś, co sprawia, że trudno oderwać od nich wzrok. Stworzyli parę, w której uczuciu się wierzy.

Ostatecznie widzowie mają dostać nowoczesną przeróbkę i tradycyjny film, co pewnie jest dla nich dobre. A co pani sądzi – potrzebowaliśmy trzeciej tradycyjnej ekranizacji „Lalki”? Może tak, bo jest w swojej konwencji bardzo udana.

Lubię nowe odczytania klasyki. Uważam, że to ją ożywia. Czym innym jest jednak nowe odczytanie, a czym innym napisanie jej na nowo. Adaptacja nigdy nie jest wierna oryginałowi. Wymaga skrótów, czasem przesunięcia akcentów, niekiedy zmiany scen. Wszystko to jednak są ingerencje w istniejący materiał, trochę tak, jakbyśmy przeszywali klasyczny, wełniany płaszcz. To wciąż płaszcz, ale inny. Można natomiast wyrwać rękawy, doszyć nogawki i wyciąć dziurę na plecach. I ta nowa forma, to, co powstało, może być zachwycające i oryginalne. Ale nie jest to już płaszcz. To coś zupełnie innego.