Ten fiński autor drążył sens życia, stwarzając pewną pocieszną figurę – bohatera „Księgi Pana Nadziei". Człek to gruby i niedorajda, do tego niemłody. Ale świat go wciąż fascynuje, a rozmaite aspekty ludzkiego bytu absorbują myśli i pobudzają wyobraźnię.
Mało znamy rysowników fińskich, toteż z zainteresowaniem sięgnęłam po dziełko Tommiego Musturiego (ur. 1975), nad którym pracował między 2005 a 2013 rokiem. Książka to równie mądra, co śmieszna. Dzieli się na cztery części – cztery pory roku wyróżnione odrębną paletą barw. Plus partia piąta, pozasezonowa, ponadczasowa, która dotyczy uczucia. Niesłabnącego od wielu dekad, łączącego bohatera i jego kobietę.
Obydwoje rysowani są grubą, karykaturalną krechą. Do tego – gładkie, ostre kolory, zestawiane kontrastowo, brutalnie. Pan Nadzieja z fizjonomii oraz zainteresowań kojarzy się z Sokratesem: mieszka w drewnianej chatce niewiele większej od beczki, zadaje głupie pytania, na które sam sobie udziela nieszablonowych odpowiedzi.
Ma też co nieco wspólnego z człowiekiem poczciwym Mikołaja Reja, Kubusiem Fatalistą Diderota oraz... niejakim Blakim stworzonym przez Mateusza Skutnika, który w tomie „Mini wykłady o maxi sprawach" przełożył na mowę komiksu wykłady Leszka Kołakowskiego.
Monologi pana Nadziei czy jego dialogi z żoną mogłyby zostać wykorzystane w kabaretach. Choćby taka ich rozmowa: „Co trzeba zrobić?"; „Zrobić z czym?"; „No z tym... życiem"; „No a co człowiek takiego robi? Żyje"; „Brzmi, jakby to było łatwe".