W Pana książce „Jak czytać wiersze i zakochać się w poezji” znajduje się rozdział poświęcony poezji polskiej, w którym zachwyca się Pan Czesławem Miłoszem.

Bo Miłosz to jeden z najważniejszych poetów XX wieku. Z jego poezją zetknąłem się długo przed tym, zanim poznałem go osobiście. Na przełomie 1973–1974, jako dwudziestokilkulatek, spędziłem rok w Europie. Wtedy każdy przyjeżdżający zza oceanu musiał określić, jak długo będzie przebywał w poszczególnych krajach bloku wschodniego. Jadąc do Rosji, gdzie miałem się spotkać z bratem dziadka, zatrzymałem się na miesiąc w Warszawie. Akurat wtedy ukazały się po angielsku „Poezje wybrane” Miłosza. Przywiozłem je ze sobą jako rodzaj przewodnika.

Czytaj więcej

Marianna Kijanowska: Czuję się jak Antygona

Co Pan chciał zobaczyć w stolicy Polski?

Szukałem śladów Getta, bo chodząc po jego terenie, pragnąłem wyobrazić sobie, co się tam wydarzyło podczas wojny. Niestety, nic po nim nie zostało, bo Sowieci pociągnęli tam ulicę. Wtedy nie znałem nikogo w Warszawie i byłem zdany na samego siebie i na przywiezione wiersze. Tamtej zimy stolica waszego kraju wydała mi się miastem wymarłym – miastem duchów.

Jak się później okazało, wspomniany wybór wierszy Miłosza stał się dla Pana również przewodnikiem po poezji w ogóle.

To prawda, miał na mnie niesamowity wpływ. Zbiegło się to z moim poszukiwaniem alternatywy dla modernizmu amerykańskiego. Byłem jego typowym dzieckiem, pozostając pod wpływem T.S. Eliota, Ezry Pounda, Wallace’a Stevensa. Bardzo kochałem ten rodzaj poezji, jednocześnie czując, że jest zbyt zimna, zdystansowana. Potrzebowałem czegoś, co miałoby duży ciężar gatunkowy, było pisane na serio, ale przy tym miało ciepło. Właśnie to wszystko znalazłem u Miłosza. Jego wiersze stanowiły drzwi prowadzące do polskiej poezji. Kiedy wróciłem do Stanów, zacząłem czytać historię polskiej literatury napisaną właśnie przez niego.

Jadąc do Rosji, gdzie miałem się spotkać z bratem dziadka, zatrzymałem się na miesiąc w Warszawie. Akurat wtedy ukazały się po angielsku „Poezje wybrane” Miłosza. Przywiozłem je ze sobą jako rodzaj przewodnika.

Edward Hirsch

Odkrył Pan wtedy jakichś polskich poetów?

Poznawałem poetów z jego perspektywy, dopiero z biegiem czasu ukształtowałem własne spojrzenie na nich. Najważniejsze było wtedy dla mnie, że dzięki niemu poznałem poezję Zbigniewa Herberta. Po powrocie do Stanów zacząłem stawać na własnych nogach jako poeta i te lektury miały znaczenie.

A kiedy poznał Pan Miłosza osobiście?

Miłosz w tamtych czasach był znany bardziej jako tłumacz literatury polskiej i Herberta niż jako poeta. Kiedy w 1985 r. otrzymałem etat na Uniwersytecie w Houston jako profesor w Programie Twórczego Pisania, w Stanach ukazały się „Wiersze wybrane” Adama Zagajewskiego w przekładzie Renaty Gorczyńskiej ze wstępem Czesława Miłosza. Tak mi się spodobały, że zwróciłem się do moich szefów z sugestią, żeby tak interesującego autora zatrudnić na naszym wydziale jako wykładowcę. Posłuchali mnie, napisali list do Zagajewskiego, a on przyjął tę posadę. To Adam przedstawił mnie Miłoszowi, który się mną zainteresował, bo już o nim coś wtedy pisałem. Nie tylko ja, ale Robert Pinsky i Bob Hass z wielkim entuzjazmem przyjęliśmy jego „Dzwony w zimie”. A potem dostał Nagrodę Nobla i stał się bardzo sławny. Jednak nie zapomniał o poetach, którzy go wspierali i zachwycali się nim, zanim jeszcze został uhonorowany.

Często się Pan z nim widywał?

Mój związek z Miłoszem był przyjacielski, ale nie tak zażyły. Adam Zagajewski i Bob Hass byli z nim bliżej. Kiedy Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla, „New York Times Magazine” wysłał mnie do Krakowa, żebym zrobił z nią wywiad. Jak miała w zwyczaju, odmówiła mi bez uzasadnienia. Wtedy zadzwoniłem po pomoc do Miłosza. Odebrała jego żona Carol i zaraz zawołała męża: „Czesław, chodź tutaj, musisz nam pomóc”. On był jedyną osobą, która mogła skłonić Szymborską, żeby zrobiła rzecz, której nie chciała. Pod jego wpływem uznała, że powinna się poświęcić na ołtarzu poezji i spotkała się ze mną. Zresztą udały mu się też inne – wydawać by się mogło, niemożliwe – rzeczy, np. wyciągnął ją do Wilna razem z Günterem Grassem.

Czytaj więcej

Festiwal w Salzburgu. Czy Europa jeszcze wierzy w Boga

Brał Pan udział w pamiętnym świętowaniu 87. urodzin Miłosza w Claremont.

24–27 kwietnia 1998 r. prof. Robert Faggen zorganizował w Claremont McKenna College w Kalifornii The International Miłosz Festival. Występowałem w panelu „Miłosz and World Poetry” razem z Seamusem Heaneyem, Tomasem Venclovą i Adamem Zagajewskim. To była w pewnym sensie realizacja marzenia Miłosza, żeby te dwa światy – polski i amerykański – spotkały się ze sobą.

Ale w ostatnich latach życia pan Czesław zrezygnował z Ameryki i przeniósł się do Krakowa.

Wtedy stracił kontakt z amerykańską poezją. Kiedy wyjeżdżał z Berkeley, utrzymywał bardzo dobre relacje z młodymi amerykańskimi poetami. Czytał ich, a oni zwracali się do niego po inspiracje. Uważał nawet, że lepiej go rozumieją aniżeli profesorowie uniwersytetu. Kiedy wyprowadził się do Krakowa, to wszystko się skończyło. Dla poprawy samopoczucia razem z Zagajewskim wpadli na pomysł, żeby w Krakowie organizować seminaria poetyckie, na które będą zapraszać poetów z całego świata, ale przede wszystkim studentów Zagajewskiego z Houston.

Co takiego różni poezję Miłosza od pisanej przez Amerykanów?

Kiedy się czyta Miłosza, czuć, że niesie wielki ciężar historii. Dla mnie, żyjącego w tak niehistorycznym kraju, jakim jest Ameryka, na pierwszy plan wysuwa się właśnie jego historyczna świadomość.

Historycy literatury zaznaczają, że cierpiał z powodu poczucia winy, że przeżył okupację hitlerowską.

Moim zdaniem jego poezja wyraża nie tylko poczucie winy, ale i radość z tego, że dane mu było żyć tyle lat. Wyraźnie to brzmi choćby w wierszu „Dar”. Siłą jego twórczości pozostaje konflikt między byciem świadkiem a poetą poszukującym prawdy metafizycznej, religijnej i egzystencjalnej. Seria wykładów wygłoszonych przez niego na Harvardzie nosiła wymowny tytuł „Świadkowie poezji”. Uważał, że poeta musi być świadkiem tego, co wydarzyło się w XX w.

Pewnie potem dlatego tak usiłowano go klasyfikować.

Nie bez powodu Al Alvarez w 1988 r. w „The New York Review of Books” napisał wychwalający go esej-recenzję „Świadek”, poświęcony jego tomowi „The Collected Poems 1931–1987”. Przedstawia w nim Miłosza jako jednego z największych poetów XX w. oraz świadka historii. Poruszony Miłosz napisał list do redakcji, który opublikowano pod tytułem „Odpowiedź poety”. Doceniał uznanie, ale sprzeciwiał się temu, że Alvarez sprowadził go do roli świadka historii. Słowo „świadek” oznaczałoby, że jest kimś, kto jedynie dokumentuje. A poeta nie jest dokumentalistą. Chciał być postrzegany nie tylko jako świadek, ale przede wszystkim jako poeta metafizyczny. W wierszach Adama Zagajewskiego też pojawia się podobny konflikt. Część jego poezji jest mocno polityczna i historyczna, a druga pozostaje zanurzona w metafizyce i w sprawach duchowych. Zresztą to jest coś charakterystycznego dla całej polskiej poezji. Dokumentuje to książka Zagajewskiego „Solidarność i samotność”, wydana także w Stanach. Solidarność jest w niej wyrazem oporu, ale polska poezja ma znacznie szerszy zakres. A każdy poeta oprócz oparcia w „solidarności” czuje jednocześnie potrzebę twórczej i duchowej „samotności”.

Gdy miałem dwadzieścia parę lat i czytanie Miłosza wprowadziło mnie do poezji, nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki wywrze na mnie wpływ. W jego wierszach bezcenne jest dla mnie połączenie wysokiego intelektu z głębokimi przemyśleniami duchowymi.

Edward Hirsch

Ostatnie tomy potwierdzają, że Miłosz czuł się poetą, dla którego liczy się teologia.

Był bardzo przejęty Bogiem, co widać choćby w korespondencji z trapistą Thomasem Mertonem, z którym wiele rozmawia o tym w listach. Interesowały go sprawy, które sam nazywał pionowymi – wznoszącymi się w górę.

Udało mu się tym zaciekawić poetów amerykańskich?

Wydaje mi się, że najważniejszym osiągnięciem Miłosza było wprowadzenie do poezji amerykańskiej właśnie kombinacji metafizyki z historyzmem. Czegoś takiego wcześniej u nas nie było.

Wciąż spierał się z Ameryką jako miejscem nie tak dobrym do życia.

Jedną z moich ulubionych książek jest „Mój wiek” – rozmowy, które przeprowadził z Aleksandrem Watem. Czuć w niej dystans, wywołany jego przeniesieniem się z Europy do Kalifornii. Choć mam wrażenie, że Wat przeżył to jeszcze mocniej. O swoim złożonym stosunku do kalifornijskiej ziemi Miłosz pisze w wierszu „Do Robinsona Jeffersa”, w którym spiera się z przekonaniem, że Kalifornia jest dobrym miejscem do życia.

Przyjechał do Berkeley w czasie, kiedy w San Francisco zaczęła się wielka rewolucja obyczajowa.

Aleksandra Wata zaprosił do siebie właśnie wtedy, kiedy to miasto zamieniło się w wylęgarnię hippisów. Nie przypadkiem Watowi wydawało się, że diabeł wychodzi z oceanu.

Czytaj więcej

Czesław Miłosz, jeden z największych poetów naszych czasów, być może największy

Kiedy patrzy Pan z perspektywy – czy ten tom Miłosza zabrany w latach 70. do Warszawy miał znaczenie dla Pana twórczości?

Gdy miałem dwadzieścia parę lat i czytanie Miłosza wprowadziło mnie do poezji, nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki wywrze na mnie wpływ. W jego wierszach bezcenne jest dla mnie połączenie wysokiego intelektu z głębokimi przemyśleniami duchowymi. To on uświadomił mi, jaki wpływ na teraźniejszość ma przeszłość. Może dzięki niemu w grupie poetów amerykańskich należę do skrzydła europejskiego. Trudno mi rozdzielić wpływ Miłosza od tego, w jaki sposób działali na mnie inni twórcy. Niewątpliwie znaczącą rolę odegrali też poeci węgierscy i rosyjscy, tacy jak Mandelsztam czy Brodski, którego znałem, jak również Zagajewski, z którym byłem zaprzyjaźniony. Jednak mentalnie jest mi bliżej do Miłosza niż do Szymborskiej czy Herberta, bo oni są bardziej sceptyczni i filozoficzni, a Miłosz pozostaje ukierunkowany religijnie. Mogę powiedzieć, że stał się moim przewodnikiem duchowym.

Dzisiaj świat zapomina o duchowości.

Ale on nie był ortodoksem.

A jednak napisał list do Jana Pawła II z prośbą o aprobatę, że jego pisanie jest zgodne z ortodoksją katolicką.

I dostał ją. Wcześniej usłyszał tyle krytycznych uwag, że zwrócił się o pomoc do najwyższej instancji, by otrzymać potwierdzenie, że pisał zgodnie z regułami Kościoła. Jestem Żydem, ale nie ortodoksyjnym, i to, co mnie najbardziej przyciąga do jego poezji, to właśnie głębia duchowa.

Poezja

Edward Hirsch

Amerykański poeta, eseista i krytyk literacki, autor dziewięciu tomów poezji oraz kilku książek o sztuce czytania wierszy, z których sławę przyniósł mu bestseller „How to Read a Poem and Fall in Love with Poetry” (1999). Otrzymał liczne wyróżnienia, m.in. stypendium Guggenheima i MacArthur Fellowship, a od 2002 r. pełni funkcję prezesa John Simon Guggenheim Memorial Foundation.