Jak odkryłaś dla siebie Czesława Miłosza?

Studiowałam u Josifa Brodskiego na Uniwersytecie Michigan. To był człowiek tak dla mnie ważny, że mogę o nim powiedzieć, iż zmienił moje życie. Kiedy zmarł w 1996 r., zaczęłam ponownie czytać jego niektóre eseje. Na pewno pamiętasz, że znajduje się w nich słynne zdanie o Miłoszu, że jest „jednym z największych poetów naszych czasów, być może największym”. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, w jakim miejscu na ziemi żyje ten wzór poety. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że mieszka po drugiej stronie Zatoki Kalifornijskiej, niedaleko mnie. Pomyślałam: „Czemu nie znaleźć pretekstu, żeby przeprowadzić z nim wywiad?” Tak też zrobiłam i w 2000 r. dwukrotnie umówiliśmy się na rozmowę. Moje wywiady okazały się jego ostatnimi w Stanach Zjednoczonych, zanim na zawsze wrócił do Polski.

Co było dla ciebie ważniejsze rozmowa o poezji czy o życiu?

Trudno powiedzieć. Poznanie kogoś osobiście utrwala obraz tej osoby, sprawia, że nabiera on intensywniejszych barw. Nawiązuje się wtedy bliższą więź, a wtedy nasz rozmówca staje się kimś więcej niż nazwiskiem na stronie czy postacią z artykułu prasowego.

Lubisz powtarzać, że Miłosz jest największym poetą amerykańskim, tyle, że pisał po polsku. Jesteś przekonana, że Kalifornia, w której żył przez 40 lat kształtowała jego poezję?

Nie da się żyć tyle lat w jakimś miejscu, nie stając się jego częścią, nie nosząc go później w swoich kościach. Sekwoje stworzyły jego poezję, podobnie jak światła nad Zatoką San Francisco. Swoją rolę odegrały też wzgórza Berkeley i most Golden Gate, a także potężny Pacyfik. Ale też niesforni, niepokorni studenci z Berkeley, którzy jednocześnie go bulwersowali i fascynowali.

Ameryka uczyniła go poetą światowym, a nie niszowym, przemawiającym, jak to sam ujął – w „jakimś niesłyszanym języku”. Pozwól jednak, że coś doprecyzuję: są też inni moi kandydaci do miana największego „amerykańskiego poety”. Choćby Walt Whitman. T.S. Eliot wyemigrował do Anglii, W.H. Auden do Ameryki. Czy któryś z nich jest „amerykański”? A może „amerykańscy” są obaj? To wszystko jest dość zawiłe. Muszę zaznaczyć, że moja ocena ich nie należy do głównego, popularnego nurtu. Jednak pozostaję przy swoim zdaniu: powinniśmy uznać Miłosza za poetę amerykańskiego. Jego poezję powinni poznawać uczniowie amerykańskich szkół. Mieliśmy szczęście, że był z nami przez tyle lat.

Dał nam cały świat. Sprawił też, że polski stał się niezbędnym dla świata językiem, który ofiarował Ameryce głębszą, szerszą, bardziej przenikliwą i uniwersalną wizję rzeczywistości.

Cynthia Haven

Jednak, jak pisał Heidegger, „język jest domem bycia”, a Miłosz pisał po polsku. Co dał poezji amerykańskiej przybysz z Polski?

Dał nam cały świat. Sprawił też, że polski stał się niezbędnym dla świata językiem, który ofiarował Ameryce głębszą, szerszą, bardziej przenikliwą i uniwersalną wizję rzeczywistości. Pamiętajmy, że w Stanach był to czas tworzenia poezji konfesyjnej, skupionej głównie na własnym „ja”. Wydaje mi się istotne, że Ameryka dała Miłoszowi miejsce, z którego mógł myśleć i pisać na krańcu świata, osłonięty od europejskich kryzysów, które uczyniły go emigrantem, a z czasem obywatelem Stanów Zjednoczonych. A przy tym mimo trudności był niezwykle płodnym pisarzem. Niesłychane, jak był niewiarygodnie płodny!

Które wiersze Miłosza prowadzą cię przez życie? Czy poezja ci pomaga?

Zdecydowanie! Oto fragment z „Zimy”: „Zamykają się nad nami wody / chwilę trwa imię / Nieważne, czy zostajemy w pamięci pokoleń / Wielkie było polowanie z ogarami na sens niedosiężny świata”.

I podobnie jak on mogę powiedzieć, cytując dalej ten wiersz: „…teraz gotów jestem do dalszego biegu, / o wschodzie słońca za granicami śmierci”. Miłosz należy do nas wszystkich, tworzących ten wędrowny, owładnięty przemijającymi modami naród. Swoją poezją dał nam przedsmak wieczności.

Co ci dały jego wiersze?

Przede wszystkim pocieszenie. Pocieszenie, że nie byłam jedyną, która „współczuła bólowi i panice myszy”, jak pisał w „Do pani profesor w obronie honoru mojego kota i nie tylko”. Że nie byłam jedyną, która opłakiwała martwe pająki. Był w wielu aspektach moją bratnią duszą. Choć dzieliły nas pokolenia, on również tęsknił w „Zimie” za niebem, „gdzie za każdą esencją odsłania się esencja nowa”.

„Moim zdaniem to rzecz zabójcza zatracić się w ruchu, w stawaniu się” – pisał Miłosz. Uważał, że trzeba mieć jakąś podstawę w byciu, w esse. Co według ciebie stanowi esse jego poezji?

Z pewnością natura. To było jego pierwsze powołanie – chciał zostać przyrodnikiem. Przez całe życie rozważał pojęcia être i devenir – bycie i stawanie się – oraz ich nieustanny taniec ze sobą. Bez końca fascynowały go czas i historia. Podejmował niestrudzony wysiłek ocalania pamięci przed zapomnieniem. Ale ostatecznie u źródła tego wszystkiego jest on sam. Tym stałym punktem odniesienia jest właśnie on.

W jednym z pierwszych listów, jakie otrzymałam od niego z Berkeley, pisał, jak mu żal, że jego życie było takie pokręcone. Czy bez trudnych doświadczeń mogłaby powstać ta wielka poezja pisana, jak mówił, na „Czarodziejskiej górze”?

Prawdopodobnie nie. Lata w Stanach były dla niego czasem samotności i właśnie wtedy ukształtował samego siebie. Wciąż wracam do „Czarodziejskiej góry” Manna i wspaniałej metafizycznej perspektywy, jaką daje jej lektura. Splątanie poezji czy splątanie losów człowieka? Nigdy nie uda nam się rozwiązać wszystkich tych węzłów. Cała zabawa polega na tym, żeby próbować.

Kiedy w swoich książkach opisujesz życie bohaterów, czy zastanawiasz się ile w znanych ci faktach jest prawdy, a ile zmyślenia?

Tak, ale czy my, piszący, chcielibyśmy, żeby było inaczej? Myślimy o przeszłości jak o skale, a przecież bez końca stwarzamy ją na nowo. Przeszłość wciąż jest w nas. D.H. Lawrence napisał w jednym z listów: „Umarli nie umierają. Patrzą na nas i pomagają nam”. To wciąż prawda. Miłosz… martwy? Cóż za osobliwy pomysł!

Czytaj więcej

Czesław Miłosz prawnikiem. Upór nie pozwolił mu rzucić krytykowanych studiów

Czy pisząc biografie nie tworzymy przypadkiem historii nowych ludzi?

Z pewnością tak się dzieje, za każdym razem tworzymy nowego człowieka. Ale jak mogłoby być inaczej? Świadomie lub nieświadomie do opisywanej postaci przenikają cechy i historie dotyczące samego autora. Nie jesteśmy w stanie uchwycić wszystkiego ani wszystkiego odtworzyć. Jest tego za dużo! Świata jest za dużo! Dlatego podczas pisania biografii nie jesteśmy całkowicie uczciwi. Kieruje nami nieodparta pokusa uporządkowania przeszłości. Czy w takim razie możemy stworzyć przeszłość na nowo?

To pytanie otwarte. A wracając do twojego bohatera - co lubiłaś w Miłoszu jako człowieku?

Jego niespokojny intelekt. Jego niekończącą się ciekawość. Jego urok i poczucie humoru. W pewnym momencie, mając ponad osiemdziesiąt lat, zaczął się uczyć litewskiego – języka, w którym równolegle z polskim posługiwano się w Szetejniach, majątku matki, gdzie przyszedł na świat. Robert Hass, poeta, który przełożył wiele utworów Miłosza, zapytał go, po co zawraca sobie tym głowę w tak późnym wieku. „Myślę, że to może być język, w którym będziemy rozmawiać w niebie” – usłyszał odpowiedź.

To było jego pierwsze powołanie – chciał zostać przyrodnikiem. Przez całe życie rozważał pojęcia être i devenir – bycie i stawanie się – oraz ich nieustanny taniec ze sobą. Bez końca fascynowały go czas i historia. Podejmował niestrudzony wysiłek ocalania pamięci przed zapomnieniem. Ale ostatecznie u źródła tego wszystkiego jest on sam. Tym esse jest właśnie on.

Cynthia Haven

Rozmawiasz czasem z Miłoszem?

Spędziłam z nim tylko te dwa magiczne popołudnia w jego domu na Grizzly Peak. Chyba nieświadomie zadałaś to pytanie w czasie teraźniejszym.

Celowo tak zapytałam.

Dotąd o tym nie myślałam, ale… Tak. Teraz będę to robić.