Pani mąż Andrij zginął pół roku temu i dotąd publicznie pani o tym nie opowiadała.
Bo mam z tym problem. Zginął pod Kupiańskiem niedaleko Charkowa w Boże Narodzenie, 24 grudnia zeszłego roku. Przeżywam tragedię, nie wiedząc, czy kiedykolwiek go pochowam. Z każdym miesiącem maleją na to szanse. Bo nikt nie pójdzie kilkanaście kilometrów w teren, gdzie stale trwa ostry ostrzał. Nawet za żywym nikt by nie poszedł, a co dopiero za szczątkami, które pozostały z jego ciała. Jako osoba wierząca czuję się jak Antygona w tragedii greckiej.