Był doktorem nauk politycznych i zdolnym dowódcą, ale też gwałcicielem, opojem, a przede wszystkim sadystycznym mordercą. Wzbudzał przerażenie nawet w III Rzeszy, która, jak wiadomo, nie słynęła z przesadnego humanitaryzmu.
„Stosowane przez niego metody, godne wojny trzydziestoletniej, sprawiają, że zapewnienia administracji o woli współpracy z narodem białoruskim okazują się kłamliwe. Kiedy dokonuje masowych rozstrzeliwań lub pali żywcem kobiety i dzieci, wszystko to nie ma już nic wspólnego z ludzkim prowadzeniem wojny" – donoszono w raportach. Ale skargi kierowane do władz faszystowskich były bezskuteczne. Oskar Dirlewanger był degeneratem, ale degeneratem potrzebnym.