Artykuł z archiwum tygodnika "Uważam Rze"

Lekki niepokój, który towarzyszył mi kilka tygodni temu na targach książki w Krakowie (gdzie tłum oblegał tak wybitnego pisarza jak Adam Darski „Nergal" vel „Holocausto"), pod wpływem lektury zapowiedzi wydawców na najbliższe miesiące zamienił się w prawdziwą konsternację. Czasy, w których do księgarń chodziło się kupować książki napisane przez pisarzy, wydają się odchodzić w przeszłość – dziś wszyscy stawiają na publikacje celebrytów.

Wspomnienia, poradnik, książka kucharska, relacja z podróży – nieważne co, byle ze znaną mordką na okładce, byle z nazwiskiem odmienianym na różne sposoby w telewizjach śniadaniowych czy na łamach kolorowej prasy znanej z tego, że zajmuje się życiem tych, którzy znani są jedynie z tego, że owa prasa zajmuje się ich życiem.

Celebryta nie musi być naprawdę sławny – w katalogach nowości księgarskich mamy zarówno wynurzenia zapomnianych gwiazdek zespołów rockowych z importu, jak i refleksje szeregowych dziennikarzy różnych mediów awansowanych z okazji premiery do rangi „znanych dziennikarzy".

Rośnie nam w księgarniach taka rzeczywistość alternatywna, w której wydawanie (bądź niewydawanie) książki stało się także kolejnym chwytem w kreowaniu sztucznego szumu medialnego wokół celebrytów. Najgłośniejszy przykład ostatnich tygodni to zapowiedź Dody, że wyda autobiografię, a jeśli owa publikacja osiągnie sukces, to czeka nas także publikacja jej pamiętników. Chwilę później jednak w kolorowych pismach brylować zaczął Nergal, który zdążył tymczasem udzielić wywiadu rzeki („Spowiedź heretyka"), w którym nie szczędził ostrych słów swej dawnej partnerce. Doda więc oznajmiła publicznie, jak bardzo czuje się skrzywdzona i jak okrutnie odbije się to na jej twórczych planach – otóż w tej sytuacji nie będzie wydawać żadnych książek, żeby nie wyszło na to, że się mści.

Aktorka Katarzyna Figura, która pół roku temu zapowiadała wydanie autobiografii (w której oczywiście miała „zdradzić pikantne szczegóły ze swojego życia prywatnego"), odwołała przedsięwzięcie w związku ze sprawą rozwodową – nie chce podgrzewać temperatury swego sporu z mężem Kaiem Schoenhalsem.

Oczywiście i w dziełach z importu jest zabawnie – a to nastolatek Justin Bieber wydaje opasłą „autobiografię", a to Britney Spears zapowiada, że pisze powieść.

Zastępcza arystokracja

Jednocześnie ze strony niemal wszystkich wydawców, dużych i małych, słyszę o kryzysie. O tym, że spadają średnie nakłady książek, że dla ocalenia obrotów trzeba ratować się zwiększeniem liczby tytułów, że kryzys, że brak pieniędzy, że rosnący VAT. Warto jednak pamiętać, że kryzys nie zawsze jest dla rozrywki zabójczy. W czasach wielkiej depresji Amerykanie tłoczyli się w kinach, bo produkty Fabryki Snów były dla nich środkiem przeciwbólowym i metodą na ucieczkę od ponurej rzeczywistości. Nawet gdy zainteresowanie literaturą w ogóle spada, w kryzysowych chwilach mocno trzyma się z reguły literatura eskapistyczna: od romansu do fantastyki. Potrzeba ucieczki w krainę fikcji jest – jak się okazuje – niemal równie silna jak potrzeba jedzenia i picia. Kryzysy są (nie tylko w gospodarce) okazją do odsiania ziarna od plew. Klasyka zawsze sprzedaje się dobrze – o czym wiedzą najlepiej oficyny wznawiające nieustannie Orwella, Bułhakowa, Marqueza, Llosę i tak dalej. Pierwszą ofiarą kryzysu powinna zaś paść zatem „literatura niepotrzebna" – drugorzędne wyznania trzeciorzędnych gwiazdek, spisane przez czwartorzędnych ghostwriterów. Tymczasem wydaje się, że w naszym wydawniczym kryzysie rzeczy mają się na odwrót, bo sterty literatury niepotrzebnej rosną, a prawdziwej – maleją. Albo zatem nasi wydawcy postanowili popełnić zbiorowe samobójstwo, albo w tym szaleństwie jest metoda, a w potrzebach polskiego czytelnika coś, co jest zaspokajane przez wyznania gwiazdeczek z telewizyjnego okienka.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Historia literatury jest także historią złej literatury, a historia biznesu wydawniczego jest także historią wydawania książek głupich i niepotrzebnych – co do tego wątpliwości nie mam. Jakie zaś potrzeby zaspokaja dziś w Polsce owa „literatura niekonieczna"? To akurat łatwo dostrzec – w społeczeństwie pozbawionym prawdziwej arystokracji, której losami można by się emocjonować, lud czytający przeżywa rozterki prezenterek pogody, gospodarzy talk-show, bohaterów konkursów talentów albo po prostu ludzi znanych z tego, że się o innych ludzi – bardziej znanych – otarli.

Przeżywamy więc na swoją małą, ułomną miarę to, co ojczyźnie popkultury, Ameryce, przytrafiło się już dawno temu: proces podmiany elit finansowo-towarzyskich na elity aktorsko-muzyczno-telewizyjne (mówię tu o miejscu w zbiorowej wyobraźni, a nie o rzeczywistym wpływie na politykę i gospodarkę, bo tam akurat stare rodziny trzymają się mocno). Krótko mówiąc – dziś wyznania Nergala, Dody, Sablewskiej czy Cichopek pełnią taką samą funkcję, jaką przed wojną pełniła literatura dla kucharek wypełniona opisami romansów z wyższych sfer – zamiast emocjonować się faktem, że pani hrabina zabiła pana hrabiego, mamy się emocjonować faktem, że producent telewizyjny porzucił aktorkę.

Osobną częścią zabawy jest oczywiście zastosowanie tego mechanizmu promocji „arystokracji zastępczej" w polityce. W USA mistrzowsko tę rolę wykorzystał klan Kennedych. Historia nazwania gromady nieciekawych, niezbyt mądrych i niespecjalnie utalentowanych ludzi „Camelotem" (tak mawiano o „dworze" Johna F. Kennedy'ego czasów jego prezydentury) i manipulacji ich wizerunkiem, wmawiania narodowi, jacy są niezwykli i „cool", to absolutna klasyka kreacji wizerunku politycznego.

Sprzedawanie formy, a nie treści, stało się dziś standardem w politycznym PR. Blair, Obama, Schroeder, Tusk to politycy znani nie z tego, że są wybitnymi politykami, ale z tego, że są „fajni". A dlaczego są fajni? Bo są z tego znani. Ostatnio ciekawe rzeczy dzieją się w tej dziedzinie i na naszym podwórku – wystarczy śledzić dzieje bloga córki premiera Kasi Tusk albo szum wokół wydania ostatnio przez prezydentową Annę Komorowską książki kucharskiej.

Nie znaczy to, że wszelkie publikacje dotyczące osób znanych mam za idiotyczne i niepotrzebne – zresztą tym przecież wolny rynek różni się od rynku zniewolonego, że każdy może sobie samemu wybrać to, co uważa za niezbędne. Warto jednak zwrócić uwagę na erę nierównowagi, ku której kroczymy raźnym krokiem. Przygnieceni jesteśmy produkcjami książkopodobnymi pań znanych z tego, że zatańczyły w telewizji (Kasia Cichopek), albo z tego, że były menedżerkami innych dam (Maja Sablewska), zasypywani broszurkami dla półanalfabetów, w których sepleniący pan z telewizji (Piotr Kraśko) opowiada wielkimi literami, jak to jest w świecie, bezwolnie poddajemy się światu wielkiej iluzji i propagandy.

Owszem, na świecie także wynajęci osobnicy spisują wyznania gwiazd, czego efektem bywają książki bardzo różne: tak dobre jak „Ja, Ibra", czyli opowieść o życiu piłkarza Zlatana Ibrahimovica, i tak złe jak niezliczone biografie poskładane z notek opublikowanych przez brukowce. Hierarchie sław wyników sprzedaży nie są jednak jedynymi – obok nich wciąż funkcjonuje normalny obieg kulturalny, ukazują się książki, których celem jest coś więcej niż łeb znanej pacynki na okładce, przyznawane są prestiżowe nagrody literackie, toczy się życie krytycznoliterackie, literackie i fanowskie.

I żeby było jasne – nie domagam się likwidacji tej głupawej odnogi show-biznesu książkowego, którego symbolem są banalne do bólu wyznania różnych półgłówków, choć szlag mnie trafia, kiedy widzę sprzedawanie książek „podróżniczo-eksplorerskich" pod szyldem nazwiska pewnej pani, o której wszyscy prywatnie wiedzą, że gubi się już na zakręcie obok pralki we własnej łazience. Zadaję natomiast pytanie: co stało się w Polsce z odnogą drugą, normalną, taką, która to nie wywodzi się ani z okładek „Party", ani „Tańca z gwiazdami"?

Na wojennej ścieżce

Bez kilku słów o historii III RP nie da się tego uwiądu wyjaśnić. Bardzo szybko po roku 1989 okazało się, że najbardziej naonczas wpływowa część polskich elit kulturalnych, skupiona wokół „Gazety Wyborczej", walczyła o wolność słowa i wolność publikacji nie po to, by każdy mógł pisać oraz czytać, co chce, ale żeby to owa elita mogła pisać i promować, co chce. Lansowano więc na przykład na gwiazdę literacką Andrzeja Szczypiorskiego, a skrzętnie zapominano choćby o Józefie Mackiewiczu, klaskano poppoetom, a wykpiwano tych, którzy zamiast się cieszyć, że wiosną wiosnę, a nie Polskę zobaczą, woleli kombinować coś z rymami, klasyką i tradycją.

Literatura stała się polem walki politycznej i światopoglądowej, a narzędziem w tym starciu były literackie nagrody, recenzje, eseje. Dziś gruba warstwa kurzu pokrywa w archiwach większość „literackich" odkryć owych czasów, ale to, co wtedy pękło, pozostaje niesklejone. Reakcją na szaleństwa estetyczne i ideologiczne salonyu było powstanie antysalonu. Efekt jest taki, że dziś czytelnicy „Wyborczej" nie wezmą do ręki książek rekomendowanych przez jury nagród prawicowych, a zwolennicy tych ostatnich nie sięgną po nic, co miało pozytywną recenzję w „Wyborczej".

Zatem coś takiego jak mainstream przestało istnieć. Nie ma normalnego obiegu literackiego, w którym ukazują się dzieła uczciwie traktowane przez zwaśnione strony. A skoro nie istnieje namiastka kanonu współczesnego, który niezależnie od poglądów politycznych oczytany Polak powinien znać, nic dziwnego, że miejsce nieobecnych hierarchii zawłaszczyli sobie spece od marketingu sprzedawania w księgarniach telewizyjnych pseudosław. A ich inwazja na księgarnie nabiera rozpędu.

Oczywiście nasze gwiazdy wciąż odstają od światowej ekstraklasy: mimo usilnych poszukiwań nie znalazłem jeszcze w ich książkowych dokonaniach informacji tak ciekawych jak te, które dla czytelników swoich wynurzeń przygotowała striptizerka Dita von Teese, instruując ich na temat okoliczności i metod usuwania włosów z sutków. Nergal i Doda muszą się jeszcze wiele nauczyć.