Fragment tekstu z archiwum tygodnika "Uważam Rze"

Urodziła się i wychowała w Londynie, a konkretnie w dzielnicy Southgate. W jej domu królował jazz, ona jednak wolała słuchać hip-hopu i r’n’b, co bardzo szybko znalazło zastosowanie w praktyce. Swój pierwszy zespół założyła, mając dziesięć lat, trzy lata później grała już sprawnie na gitarze, po kolejnych trzech profesjonalnie śpiewała i próbowała komponować. Zmieniały się też jej muzyczne zainteresowania. Z biegiem czasu Amy wracała do klimatów, jakimi raczył ją od dziecka ojciec, czyli starego, swingującego bigbandowego jazzu i osadzonych na nim piosenek Franka Sinatry. Przy czym sama od siebie dodała do tej listy żeńskie zespoły wokalne lat 50. i 60. jak The Crystals, The Ronettes czy The Dixie Cups. Od nich właśnie zaczerpnęła nie tylko wiele pod względem śpiewu, ale też image’u.

Czym poza śpiewaniem zajmowała się wówczas – niewiele wiadomo. Na pewno dużo czasu musiało zajmować jej palenie sporej ilości papierosów, co z jednej strony przełożyło się na charakterystyczną, lekką chrypkę, z drugiej zaś na nieco cięższą rozedmę płuc – miała je wydolne w 70 proc. Mimo to już wtedy Winehouse musiała robić wrażenie. Kiedy jej ówczesny chłopak, nawiasem mówiąc wokalista, przedstawił jej nagrania w wytwórni Island, reakcja była niemal natychmiastowa. W 2003 r. ukazała się jej debiutancka płyta „Frank”, która błyskawicznie podbiła listy przebojów. Głównie brytyjskie, ale pozostała część świata również zareagowała pozytywnie na jej piosenki. Posypały się nagrody: BRIT Awards, Mercury Prize, Ivor Novello Awards. Tę ostatnią otrzymała za tekst piosenki „Stronger Than Me”, bardzo osobisty, dający do myślenia na temat rosnącego uzależnienia młodej gwiazdy.

Ono też mogło tłumaczyć, dlaczego nie wystartowała z większym impetem – na jej kolejny album trzeba było czekać aż trzy lata. Choć fakt, że warto było – „Back To Black” okazał się strzałem w dziesiątkę, muzycznie w nowoczesny sposób ogrywającym tradycję jazzu i soulu lat 60. z charakterystyczną dla tamtych czasów lekką słodyczą, z czym dobrze kontrastowała kryjąca się w tekstach gorycz. Znamienne, że płytę zamyka piosenka – Amy nie mogła wiedzieć, że zamyka ona również całą jej karierę – o wszystko mówiącym tytule „Addicted”.

Od tego momentu – a miała 23 lata – jej życie zamienia się w klasyczny dramat gwiazdy światowego formatu. Na wszystkich kontynentach płyta sprzedawała się w milionowych nakładach, promujący ją utwór „Rehab” był grany przez większość rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych na świecie. Sama wokalistka miała jednak coraz mniej do powiedzenia. Początkowo koncertowała, udzielała się publicznie, coraz częściej jednak naćpana odwoływała koncerty, nie przychodziła na wywiady, znikała z oczu mediów. Jej zachowanie było jednak akceptowane przez wszystkich – skandale i plotki nakręcają przecież koniunkturę na płyty, wytwórnia jest więc zadowolona, a fani… Cóż, gwiazdom się wiele wybacza, zwłaszcza jeśli nagrywają piosenki tak nośne i stylowe jak wspomniana „Rehab”. Amy nie musiała więc przejmować się zupełnie niczym. Jak wynika z jej wypowiedzi, wciąż czuła się młodą dziewczyną u szczytu sławy. Raczej nie odczuwała pogrążania się w nałogu – żyła po prostu jak jej idole, rockandrollowo.

Brytyjski dziennikarz Piers Morgan zarzucił wytwórni Island, że nie zadbała o Winehouse, doskonale przecież wiedząc, co się z wokalistką dzieje. Czy ma rację? Amy bywała na odwykach, ale uzależnienia po pierwsze nie da się nigdy wyleczyć, można je tylko zaleczyć, po drugie zaś nie da się z nim nic zrobić, jeśli nie ma autentycznej, głębokiej potrzeby pozbycia się nałogu. Amy jej prawdopodobnie nie miała – zwierzała się ponoć niekiedy przy okazji wywiadów, że nawet na odwyku zawsze udawało się jej coś wziąć. Jedyne, co mogli więc zrobić jej menedżerowie, to finansować kuracje w kolejnych ośrodkach, co prawdopodobnie w jej przypadku nie miało większego sensu.

– Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale faktycznie wyjście z uzależnienia osoby tak jak Amy Winehouse sławnej i której elementem sławy były właśnie używki, jest skrajnie utrudnione – mówi Robert Rutkowski, psychoterapeuta uzależnień. – Pamiętam, że rozmawiałem o takich przypadkach, kiedy zmarł Michael Jackson. Najbardziej skuteczną metodą leczenia uzależnień jest grupa terapeutyczna. Można oczywiście leczyć indywidualnie, ale skutki są słabsze. I teraz proszę sobie wyobrazić, że mamy taką grupę – kilkanaście zwykłych osób siada w kółku, a między nimi sadowi się Michael Jackson i zaczyna mówić: „Cześć, nazywam się Michael i jestem uzależniony”. To przecież absurd, taka rzecz się nie uda. Z Amy Winehouse byłoby podobnie. Poza tym ona nie wyglądała na osobę, która chciałaby się pozbyć swoich nałogów. Nie znałem jej, więc trudno mi mówić, ale kiedy widziałem ją przy różnych okazjach w telewizji, to ewidentnie była to osoba, której cała postawa mówiła: „Mam gdzieś cały świat”. Taki rodzaj uzależnienia nazywamy w branży braniem kasacyjnym, nastawionym na totalną autodestrukcję.

Piers Morgan nie ma więc racji. To był po prostu dramat uzależnienia.