— W Ameryce komuna kojarzy się raczej z jakimś rodzajem sekty religijnej albo hippisami mieszkającymi na prowincji i żywiącymi się jarzynami. Nasza miała całkiem inny charakter. Mój ojciec był krytykiem filmowym, mieszkaliśmy razem z wykładowcami akademickimi, dziennikarzami, profesjonalistami. Rodzice byli ateistami, trochę lewicującymi. Nie pamiętam wolnego seksu ani narkotyków. Ale panowała atmosfera pełna luzu i optymizmu. No, może było w naszym domu trochę za dużo piwa.

W filmie „Komuna” powrócił do tamtego świata, choć zastrzega się, że im dłużej pracował z Thomasem Lindholmem nad scenariuszem, tym bardziej cała historia oddalała się od jego wspomnień.

A więc inteligencka rodzina z dorastającą córką. Erik wykłada na uniwersytecie, Anna prowadzi wiadomości w dużej stacji telewizyjnej. Ale pewnego dnia mówi, że takie życie ją nudzi i chciałaby zamieszkać razem z przyjaciółmi w domu, który mąż odziedziczył po rodzicach. Tak się staje. Około dziesięciu osób razem gotuje, je, sprząta. Pije wino i rozmawia. Dopóki Eric nie zakochuje się w studentce i nie przyprowadza jej do domu. Na oczach wszystkich, także czternastoletniej córki,  przestaje dzielić pokój z żoną. Jej miejsce zajmuje śliczna blondynka, barzdo podobna do niej, niemal jej kopia, tyle że młodsza o ćwierć wieku. Anna próbuje to znosić – tak przecież wypada. Tak jest nowocześnie. Ale nagle wszystko w niej pęka. Dobra mina jest kłamstwem. Porzucona po dwudziestu latach małżeństwa i upokorzona kobieta w studiu telewizyjnym nie może powstrzymać łez. Traci pracę, załamuje się. Jest strzępkiem nerwów. Czy ktokolwiek z przyjaciół mieszkających w domu Erika potrafi podać jej rękę? Czy rozumie jej stan mąż? Jak zareaguje jego kochanka? Film, który zaczął się jak bajka o solidarności i przyjaźni z każdą chwilą staje się coraz bardziej okrutny.

— Dla mnie to nie jest film o dysfunkcjonalnej rodzinie — mówił Vinterberg podzcas berlińskiej konferencji prasowej. — Tęsknię za tamtym czasem. Za wspólnotą, której doświadczyłem. Dla nie „Komuna” jest opowieścią o przemijaniu. Czas przemija, ludzie przemijają, miłość przemija. I nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

A jednak, choć sam temu zaprzecza, współzałożyciel Dogmy, autor słynnej „Uroczystości”, znów opowiada o dysfunkcjonalnej rodzinie. Ale też o mrzonkach o idealnej wspólnocie. Jakby chciał przypomnieć prostą prawdę: że życie razem zawsze niesie konflikty i dramaty. I że czasem nie można chować głowy w piasek. A komuna nie staje po stronie jednostki. Gotowa jest ją poświęcić dla własnych interesów.

Niektórzy krytycy sugerują, że Vinterbergowska komuna jest metaforą współczesnej Europy i kryzysu uchodźców. Dla mnie to sugestie na wyrost. Ale ich pojawienie się też coś znaczą. Na pytanie wprost zadane przez dziennikarkę na konferencji prasowej Vinterberg odpowiedział: „Nigdy nie zrobiłbym filmu politycznego. Ale wstydzę się, że jestem Duńczykiem, wstydzę się za naszych polityków. I jeśli mój film wzbudziłby w kimkolwiek refleksję, że trzeba się z ludźmi dzielić, a nie upokarzać ich, byłbym szczęśliwy.” To „upolitycznianie” też jest znakiem czasu. I naszych niepokojów.

A jednak, choć sam temu zaprzecza, współzałożyciel Dogmy