Podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach mowa była m.in. o inwestycjach strategicznych w Polsce do roku 2030 i potem. Co jest kluczowe, aby te wszystkie projekty sfinansować?
Jesteśmy w dobrym momencie, żeby o tym rozmawiać, bo jesteśmy w G20, możemy też pomyśleć o tym, jak znaleźć się w G7. To jest dłuższa perspektywa, ale możliwa. I te inwestycje są do tego potrzebne. Ale żeby zostały one zrealizowane, żebyśmy mieli długą perspektywę rozwojową, musimy pomyśleć o kilku kwestiach. Po pierwsze, o ciągłości strategicznej. Duże inwestycje, np. projekty logistyczne, takie jak porty komunikacyjne, lotnicze, koleje, połączenia międzynarodowe, realizuje się w perspektywie 8-, 10- czy 15-letniej. Podobnie jest w energetyce, w tym jądrowej, czy przemyśle zbrojeniowym. Więc jeśli nie będziemy mieli ciągłości rozwojowej, to trudno będzie nam zachować dobry kierunek.
Po drugie, o skoncentrowaniu się na energetyce, bezpieczeństwie wewnętrznym i militarnym. Na kwestie związane z logistyką w ciągu dziesięciu lat wydamy od 1 bln do nawet 1,4 bln zł, zależnie od tego, jak będziemy liczyć. To ogromna kwota – i jeden z największych impulsów rozwojowych w historii Polski. Koncentracja na tych wątkach jest bardzo istotna, dlatego że można te pieniądze „udomowić”, spowodować, że w większości albo w dużej części zostaną w Polsce. Mówimy tu o local capacity, czyli zdolności do tego, żeby te projekty realizować, i o local content, czyli – żeby realizacja zostawała w podmiotach, które w Polsce realnie inwestują, zatrudniają i płacą podatki.
A jakie przeszkody uniemożliwiają dziś zostawianie tych większych kwot w Polsce, w polskich firmach?
Uważam, że to jest tylko kwestia przeszkód mentalnych. Ponieważ prawo zamówień publicznych, ale także inne procedury zakupowe – bo nie wszyscy kupują w ramach prawa zamówień publicznych – umożliwiają za pomocą pewnych kryteriów preferowanie takich podmiotów. Nie rozróżniamy nawet pochodzenia kapitału, bo to mogą być firmy z kapitałem zagranicznym, które odpowiedzialnie działają w Polsce lub firmy z kapitałem polskim, który odpowiedzialnie działają w Polsce.
Podam praktyczny przykład: w kryteriach w wielu przetargach, choćby w Niemczech, Francji czy Szwecji, używa się kryterium, które ma wagę 10 proc.: ślad węglowy w transporcie do miejsca inwestycji. Co to znaczy? Oczywiście to, że stal z Chin, która musi przyjechać z Pekinu czy Szanghaju, zostawi większy ślad węglowy, niż stal z Dolnego czy Górnego Śląska, ewentualnie z innego miejsca w Polsce. W związku z tym za pomocą różnych kryteriów, które już istnieją i mają zapewnić konkurencyjność, możemy po prostu tak jak inne kraje preferować udomowienie wydatków.
Czy to zatem kwestia mentalności, czy wykorzystywania dostępnych przepisów?
To jest kwestia i mentalności, i wykorzystywania dostępnych przepisów. Ale to też jest kwestia „odbarczenia” z czegoś, co nazywam kontrolozą. Najłatwiej jest pójść drogą najniższej ceny, dlatego, że ona podczas kontroli wszystkich instytucji nie budzi żadnych wątpliwości. Więc jeśli nie zwolnimy ludzi z tego myślenia wyłącznie o swoim bezpieczeństwie, to trudno będzie udomowić wydatki i budować local content. Musimy zmienić prawo i zmienić mentalność. Kraje, które mają to u siebie dobrze poukładane, najzwyczajniej w świecie wygrywają. Ponieważ nikomu we Francji, we francuskiej firmie, nie przyjdzie do głowy, żeby kupić inny samochód niż Renault. Tak samo w dużych projektach niemieckich nie zobaczymy produktów z krajów, które nie są związane z gospodarką Niemiec.
Czy w kontekście local content rząd powinien zrobić coś, co pomogłoby polskim firmom zwiększać konkurencyjność? Są proste działania, które można podjąć?
To jest kwestia praktyki prowadzenia zakupów. Można uwrażliwiać osoby kupujące w różnych miejscach publicznych, w spółkach Skarbu Państwa, na to, żeby po prostu stosować te kryteria. Można na poziomie regulacji ustawowych czy rozporządzeń spowodować „odbarczenie” kontrolne i brak możliwości zarzucania, że ktoś zastosował inne kryteria niż najniższej ceny. Można też na przykład w dużych przetargach infrastrukturalnych zmniejszać progi wymagane do przystąpienia do nich, mówiące o kwotach realizowanych kontraktów itd. Jest wiele firm inżynieryjnych, projektowych, budowlanych, które spokojnie przystąpiłyby do dużych projektów, ale uniemożliwiają to progi dotyczące doświadczenia.
Kwestie te zyskują na znaczeniu, zwłaszcza teraz, kiedy rozmawiamy o suwerenności i o bezpieczeństwie.
Absolutnie, szczególnie jeśli mówimy o odporności kraju, o przeznaczaniu potężnych kwot na bezpieczeństwo, na wydatki militarne. Wydatki inwestycyjne w samej obronności szacuje się nawet na 500 mld zł. Dlatego to jest kluczowy wątek. Jeśli nie zostawimy tych pieniędzy u siebie, czyli nie dbamy o swoją gospodarkę, to jak mamy dbać o swoją obronność? Gospodarka i bezpieczeństwo to w tej chwili dwie strony tej samej monety.