Ani dźwięk genialny, ani ich występ genialny, seryjny koncert. Przyjechali chyba z Wiednia, a wylatywali do Paryża. Ktoś gdzieś kiedyś mówił, że chcieli lecieć do Moskwy, ale ich nie wpuszczono. A pokazać się wtedy z koncertem za żelazną kurtyną to było jak wejść na Mount Everest - wspomina Piotr Kaczkowski. I odwrotnie: zobaczyć muzyków zza tej kurtyny było jak ujrzeć nagle tę górę. Było szaro. Nagle pojawiły się pawie.

Witold Pograniczny - historia muzyki rockowej w Polskim Radiu. Jako piętnastolatek zakochał się w jazzie (pamięta koncerty prowadzone przez Leopolda Tyrmanda w Hali Mirowskiej). W 1958 roku z Markiem Gaszyńskim zgłosili się do rozgłośni harcerskiej z propozycją nadawania audycji jazzowych. I się zaczęło. Powstało Studio Rytm (1 września 1965 roku), potem w programie I PR "Popołudnie z młodością" (1 lutego 1966) .

- 1967 rok? To były czasy nagonki na muzykę bigbitową. Prasa pisała źle o Czesławie Niemenie, pytała, po co nam zgniła, dekadencka kultura Zachodu etc.

Ale następowała zmiana pokoleń. Próbowano stymulować ruch muzyczny. Kasia Sobczyk śpiewała "O mnie się nie martw", "Mały książę" (potem jak przypomina Witold Pograniczny wspaniałą piosenkę "Nie wiem czy to warto", ale jechała do Opola i musiała śpiewać "Biedroneczki są w kropeczki" czy drugą równie idiotyczną "Hipopotam, co mi to tam, bo ja jestem hipopotam") .

- Ale Pagart, agencja koncertowa, miała mądrych szefów - pamięta Witold Pograniczny. - Na przykład nieżyjący Szymon Zakrzewski czy Władysław Jakubowski. Wiedzieli, że trzeba otwierać okno na świat. Ściągali więc i Juliette Greco, i Charles'a Aznavoura, Cliffa Richarda z The Shaddows, robili festiwale sopockie.

Ściągnęli też The Rolling Stones.

Siury koma hany

Andrzej Mogielnicki, dziś znany autor tekstów wielkich przebojów wielu zespołów (m. in. Lady Pank) , w 1967 roku był na pierwszym roku prawa. Prawo interesowało go średnio, ale dziewczyny na prawie były ładne. Trochę był związany ze środowiskiem klubu "Medyk". Ale przede wszystkim przyjaźnili się ze Zbyszkiem Hołdysem.

- Wszyscy byliśmy naprawdę biedni - wspomina "Mogiel". On przynajmniej miał swój własny pokój w chacie na Nowolipkach. I to już było coś, Mogiel był bardzo pożądanym człowiekiem. Już się interesowali muzyką. Hollsów i Kingsów Mogiel przedstawiał w radiu i "uznano, że audycja jest na poziomie".

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Bardzo młodo zaczął pisać. Z miłości do Boya-Żeleńskiego. Pisywał już prozę, trochę dla "Szpilek", ale nie pisał nigdy wierszy i uważał, że teksty do piosenek to całkowicie niemęska sprawa. Siedzieli sobie jednak z Hołdysem, pili tanie wino, Hołdys grał na gitarze i coś tam podśpiewywał w "bełkotliwym języku", więc Mogiel pomyślał: "może coś popisać?".

Bogdan Olewicz, dziś znany autor tekstów wielkich przebojów wielu zespołów (na przykład Perfect), w 1967 roku był na trzecim roku elitarnej anglistyki. Anglistyka wtedy jeszcze, przed 1968 rokiem, miała wszelkie cechy prawdziwego uniwersytetu. Wymiana zagranicznych profesorów, otwarcie na świat. Była modna.

- Był to kierunek szalenie sfeminizowany, było nas dwóch na trzydzieści dziewcząt, mieliśmy więc pysznie. Na anglistykę trafiały dziewczyny z dobrych domów, z rodzin dyplomatów, które to rodziny najczęściej myślały, że anglistyka to jest najlepszy sposób na lepsze życie dla ich córek, czyli szansa na podwójny paszport.

Część koleżanek Bogdana Olewicza faktycznie dobrze potem wyszła za mąż. Olewicz studiował z innych powodów. Nie interesowało go małżeństwo ani bynajmniej Billy Trzęsigruszka. Interesowała go muzyka rockowa. Oczywiście ta z Radia Luxembourg. Ale też oglądał polskich wykonawców na koncertach na Wybrzeżu, w Międzyzdrojach, w muszlach koncertowych. Lubił to, bo było czadowe, ale trochę pokraczna angielszczyzna. Właściwie totalna amatorka. Teksty spisywało się ze słuchu, toteż Olewicz jako anglista też był bardzo pożądany.

- Kiedyś dostałem od jednego muzyka do konsultacji kartkę, na której było napisane "siury koma hany". Z czasem muzycy zaczęli pytać, czy można byłoby pod to podłożyć jakiś polski tekst?

Zmajoryzować skurczybyków

Jerzy Salzman, dziś znany menedżer muzyki poważnej z własną agencją, wtedy student działający w ZSP (wtedy - jak zaznacza - - ZSP było związkiem zawodowym studentów, partyjny był ZMS) .

- Nie obchodziło mnie, co usiłują nam wciskać w ramach oficjalnej propagandy. Być może nawet niesłusznie, ale zakładałem, że wszystko jest tak sterowane, że niemożliwe do zmiany. Czytając prasę, wyło się z nudów. Zwłaszcza przy "Trybunie Ludu". Czytało się "Politykę". Bardzo niewiele obchodziły nas, mnie na pewno, sprawy krajowe. Mówiło się, że do partii trzeba gremialnie wstępować, żeby zmajoryzować tych skurczybyków, którzy tam siedzą. Ale brało się do ręki "Trybunę ludu" i z wyjątkiem kolumny sportowej nie można było się niczego z niej dowiedzieć. Bardziej już ze "Sztandaru Młodych" i"Życia Warszawy".

Dzienników telewizyjnych z założenia się nie oglądało. Szaro było.

Bogdan Olewicz żył w zupełnie innym świecie.

- Totalna wyspa, w której sobie istniałem, ina długo przedtem, zanim wymyślono emigrację wewnętrzną, byłem w swoim pokoju na robotniczym Muranowie takim emigrantem.

- Siedzieliśmy w tej Polsce zamknięci jak w puszce - opowiada Andrzej Mogielnicki. - Na szczęście było Radio Luxembourg i od czasu do czasu ktoś dostawał płytę.

Na zewnątrz wychylał się raczej tylko w celach rozrywkowo-muzycznych.

Piotr Kaczkowski, obecny dyrektor Programu III Polskiego Radia, w przeszłości ktoś, kto muzycznie wychował przynajmniej jedno pokolenie. Wtedy, w 1967 roku, pracował już w Polskim Radiu.

- Przełamywanie żelaznej kurtyny, Kennedy w Berlinie ze słynnym "ich bin ein Berliner"? To było dla nas równie odległe, jak dla Marka Niedźwieckiego koncert Rolling Stonesów, który - jak sam opowiadał - wydawało mu się, że odbywa się na księżycu, a nie mieszkał wtedy w Warszawie.

 

 

Ważna była muzyka

Ale już pulsowało. Mogiel wspomina, że już przed rokiem 1967 w każdej szkole był wyraźny podział na zwolenników Beatlów i Stonesów (nie Beatlesów, bo to - jak mówi Olewicz - podwojenie przecież liczby mnogiej) . Tak jak w Anglii, gdzie byli Moodsi i Rockersi. Wprawdzie u nas nie dochodziło do bijatyk, ale potrafiło się wyrzucić zwolennika Beatlów na przykład na trzeciej przerwie z papierosem w ustach wprost na dyrektora szkoły.

- Czyli pan był...

- Zdecydowanie "stonesem" - odpowiada Mogiel.

Byli bardziej buntowniczy, ta muzyka była bardziej szorstka, więc kiedy usłyszał "I can get no satisfaction"...

Pelerynka szamerowana

Jerzy Salzman wspomina, że oczywiście chciał grać na gitarze. Na szczęście nie zatracił się i rzetelnie studiował na Wydziale Handlu Zagranicznego w SGPiS.

Marzyło się oczywiście o płytach.

- Człowiek z Polski, który znajdował się w Londynie przed sklepem z płytami, czuł się naprawdę bardzo biedny - wspomina Piotr Kaczkowski.

Dlatego kiedy wrócił z pierwszego wyjazdu do Anglii ze stu czterdziestoma płytami, a mógł za tę walizkę kupić samochód, to było coś naprawdę wielkiego. Samochód też był przecież marzeniem. Zwłaszcza taki, z którego Piotr Kaczkowski zrezygnował na rzecz walizki płyt, czyli minimorris. Naprawdę w dobrym stanie. Albo volkswagen garbus, którego mógł kupić za pięćdziesiąt funtów, czyli sto dwadzieścia pięć dolarów. Nowy VW wtedy w sklepie bezcłowym na lotnisku w Amsterdamie kosztował tysiąc dolarów. Płyty więc stanowiły bogactwo.

- Znajomi z zazdrością mówili: "Boże, ty masz tyle płyt", a ja im zawsze mówiłem: "też możecie mieć". A oni: "nie, nasza kanapa kosztowała tyle..." A ja miałem kubański materac. Cudowny materac, nigdy potem nie było tak świetnego. Kosztował tysiąc osiemset złotych.

Dżinsy były upragnione. Lewisy, bo wranglery "nie były uważane", w Londynie kosztowały cztery funty. A ile w Polsce?

- Tego nie wiem, ale mogę powiedzieć, ile kosztowała moja dżinsowa kurtka - mówi Kaczkowski.

- Jakaś specjalna kurtka? - O tyle specjalna, że do dziś ją noszę. Kosztowała bardzo tanio, ponieważ miała ułamany guzik. Do dziś taki pozostał. A więc ta kurtka kosztowała siedemset złotych na tak zwanych ciuchach. Niebieska dżinsowa kurtka niemarkowa. A ciuchy? Ciuchy były wtedy obok Dworca Wschodniego.

Można czasem było wydębić coś u prywaciarza. Na przykład szamerowaną pelerynkę. Skąd ta pelerynka?

- Zobaczyliśmy, że the Birds takie noszą - wspomina Olewicz - i zamówiliśmy u pewnego krawca. Dwa razy spieprzył, ale za trzecim razem wreszcie uszył dobrze i obszamerował też. Potem przyszły bufiaste koszule w kwiaty.

Kolega Bogdana Olewicza - Andrzej Nalepa, we wcześniejszych latach miał ze skóry cały gang, kurtka bitelsowska bez kołnierza, do tego czarne buty chelsea, które można było zamawiać u szewca Beczka w Alejach Jerozolimskich, do tego wielki złoty łańcuch na piersiach z jakimś patentem ala pacyfka. Wyglądał jak Presley albo Vince Taylor - rockandrollowy pająk.

Ale marzyło się też bardziej perspektywicznie. Mieszkanie, samochód. Do tego potrzebna była dobra posada. Bardzo pożądaną była jakakolwiek w którejkolwiek centrali handlu zagranicznego.

- "Słuchaj - mówili koledzy Jerzemu Salzmanowi - jeden głupi, parodniowy służbowy wyjazd to dziesięć tysięcy złotych".

- A moja pierwsza pensja w Pagarcie to było tysiąc dwieście złotych - wspomina.

Czy marzyło się o ucieczce, o pozostaniu na Zachodzie? To było wyobrażalne tylko dla niektórych i to takich, którzy mieli tam rodziny. Saksy? Niesłychanie rzadko (Piotr Kaczkowski wylicza, że samo poświadczenie zaproszenia w polskim konsulacie w Londynie kosztowało 27, 5 szylinga, tylko stempel, a i to zaproszenie nie zawsze przecież gwarantowało otrzymanie paszportu) . Biednie było. Jerzy Salzman, który studiował na jednym roku z Józefem Oleksym i Dariuszem Rosatim (wyżej był Marek Borowski, niżej Leszek Balcerowicz), odpowiada, że chyba jedynie Rosati był dobrze sytuowany. Był pierwszym studentem, który przyjeżdżał do szkoły własnym samochodem podczas gdy nawet rektor przyjeżdżał tramwajem

Ciężka pasja

Miłość do muzyki to była wtedy mordęga, wielkie poświęcenie.

Według Piotra Kaczkowskiego najlepiej było wówczas mieć magnetofon.

- Był jeden człowiek w Warszawie, który chodził po mieście z magnetofonem. Nie pamiętam jego nazwiska, ale to bardzo znany dziś, wybitny finansista - Piotr Kaczkowski dyskretnie przemilcza nazwisko Andrzeja Olechowskiego. - I on był wygrany, bo nigdy nie było wiadomo, czy jeśli się do kogoś przyjdzie, to nie trzeba będzie akurat przegrać jakiejś płyty.

Magnetofon Piotra Kaczkowskiego "Melodia" ważył osiemnaście kilogramów, był bardzo ciężki, ale były też już tonetki - szare, śliczne i lżejsze. Były także małe magnetofoniki włoskie "Geloso". Cudeńka z kolorowymi klawiszami.

Magnetofon "Tonette" kosztował cztery tysiące złotych, "Melodia" - sześć tysięcy. Włoskie były wyłącznie w komisach i kosztowały sześć -- sześć i pół tysiąca. Kupowało się je w komisach. Gramofony też, choć Bogdan Olewicz swój wystał w ośrodku DDR na Świętokrzyskiej (stało się między innymi po koce, dzbanki termosowe, bardzo poszukiwane, dziś trudno dociec, dlaczego, i właśnie gramofony) .

Mało kogo było stać na kolekcjonowanie płyt.

- W 1967 roku - sięga do swej pamięci słonia Piotr Kaczkowski, który ma do dziś swoją płytotekę zachowaną w stanie niemal nietkniętym, łącznie z celofanowymi koszulkami, cenami, metkami i rachunkami ze sklepów z całego świata - moja najdroższa płyta kosztowała siedemset piętnaście złotych. Wiem, komu zapłaciłem i kiedy. To byli The Mamas and the Papas. Takie rzeczy pamięta się lepiej niż maturę.

Trzeba było więc nagrywać. Czasami bywało tak, że od rugiej w nocy był telefon: "do piątej masz płytę". Wsiadało się w nocny, jechało się do kolesia po płytę, wracało, nagrywało, odwoziło... Na spanie było mało czasu, na studia tym bardziej...

Płyty należało prezentować. Piotr Kaczkowski prezentował je na antenie radiowej. Ale inni robili to na przykład w kuluarach sali Kongresowej. Posiadacz taszczył pod ręką tobół, który wyglądał jak pięcio-, ośmiokilogramowy worek kartofli, a faktycznie zawierał płyty. Z tym pakunkiem trzeba było się nonszalancko przechadzać, pozdrawiać znajomych, dziewczyny...

Szamka to było tło

- Prywatki? - Wyłącznie. Czasami stawała jara w drzwiach i robiła przeszukanie w celu znalezienia flaszki - wspomina Bogdan Olewicz. - Jakie to były wina? Bardzo różne. Jeśli chodzi o "patyka", to gustowaliśmy w pochodzących z wytwórni Milejów, która była bardzo dobrą wytwórnią, a siary jeszcze wtedy tak bardzo nie dosypywano.

Czasami też udawało się z Mogielem wypatrzeć gdzieś w Polsce i przywieźć jakąś egzotykę, na przykład "Zielonego Diabloka" z Zielonej Góry. Jedzenie? Paluszki słone bardzo modne były w tym czasie, pierwsi prywaciarze się właśnie na tym dorabiali. Ale szamka to było tło. Muzyka, seks, palenie, ale normalnych papierosów, wtedy jeszcze żadnych trawek (ale już za chwilę, zaraz potem... ).

A dziewczyny? - Dziewczyny słuchały Marka Grechuty i jego zespołu Anawa - opowiada Mogiel. - Nie były dopuszczane do wielkiej tajemnicy słuchania świeżej płyty. Płyty słuchało się pierwszy raz z nabożeństwem, żadnego podskakiwania, dziewczyny musiały przygotowywać w tym czasie coś w kuchni. Potem można było tańczyć, ale pierwszy raz to było misterium.

 

Siedzieli rozwaleni

Przed koncertem Stonesi udzielili wywiadu Piotrowi Kaczkowskiemu i Tadeuszowi Sznukowi.

- Nie był ciekawy. Przeprowadziło go dwóch młodziutkich dziennikarzy z młodziutkim Jaggerem - opowiada Piotr Kaczkowski. - Rozmawialiśmy trochę o niczym. Ani nie mieliśmy głębokich pytań, ani też ich kariera nie była jeszcze bogata. Rozmawialiśmy o muzyce, Jagger wymienił swoich ulubieńców. Przez sekundę o muzyce poważnej - powiedział, że lubi Beethovena. O Warszawie - Jagger był pod wrażeniem, nasz świat, który wydawał mu się bardzo daleki, wcale się taki nie okazał.

Była też konferencja prasowa. Witold Pograniczny pamięta ją jak przez mgłę. Siedzieli rozwaleni, ich pytano, ale i oni pytali.

Parteitag generacji

To, co się działo przed salą Kongresową, wspomina Andrzej Mogielnicki:

- Człowiek wchodził z legalnym biletem, a i tak pałą mógł oberwać.

Nikt z nich nie spotkał się wcześniej z takim nagromadzeniem milicji. Witold Pograniczny porównuje rozmach do 1956 roku, choć naturalnie było to zupełnie coś innego. Jerzy Salzman po raz pierwszy widział wtedy armatki wodne. Po raz drugi zobaczył je rok później, w marcu. Podczas koncertu nie były używane, w marcu jak najbardziej.

Piotr Kaczkowski ma z kolei dwa unikatowe zdjęcia, z których opublikowaniem wciąż się wstrzymuje, a o których opowiada.

- Zdjęć ze środka, z samego koncertu jest sporo. Ale zdjęć pokazujących ludzi na drzewach w Alejach Jerozolimskich i tłum sięgający daleko w Aleje w zasadzie nie ma.

Biletów było naprawdę mało. Oficjalnie, normalne miejsce kosztowało 300 złotych. Ale zdobyć je... Bogdan Olewicz miał na przykład fałszywy, kupiony od konia (wpuszczający zawołał kolegę, bo coś mu się nie zgadzało, ale Olewicz zrobił taką awanturę, że go w końcu wpuścili) .

Andrzej Mogielnicki: - Koncert Stonesów miał jedną niesłychaną zaletę. Przed Kongresową pierwszy raz "policzyliśmy się" jako pewna generacja.

We wspomnieniach Mogielnickiego słuchanie Radia Luxembourg nie skupiło środowiska wyznawców rocka. Wszyscy siedzieli i wysłuchiwali tego radia, ale samotnie. Były pewne kręgi towarzyskie, w których ludzie wymieniali się płytami, ale był to ograniczony krąg ludzi, które mieli płyty, dojście do nich. A reszta? ZMS i picie wódki.

Mogielnicki nie spodziewał się, iż parę tysięcy ludzi (przy czym wiadomo, że i trochę chuliganerii było) zna te piosenki i jest naprawdę fanami rocka.

Piotr Kaczkowski nie uważa, aby ten koncert dał nagle poczucie jedności i odrębności pokolenia. Ale jego perspektywa była zupełnie inna. Pracował już w radiu. "Popołudnie z młodością" otrzymywało około tysiąca listów tygodniowo, Studio Rytm - kilkaset (choć lista przebojów Studia Rytm jeszcze wtedy nie istniała).

- Mieliśmy świadomość, że jest nas sporo. Z każdym człowiekiem w moim wieku można było rozmawiać o muzyce i każdy był mniej lub bardziej nią zainteresowany.

Inna rzecz, że ów koncert mógł oddziaływać jedynie w Warszawie.

Bogdan Olewicz: - Miał to być koncert "siedzący", nie można było skakać, a więc najważniejsze było krzyczeć i piszczeć.

Zresztą jak tylko na sali zaczął się ruch, natychmiast zapaliło się na full światło. A przy każdym rzędzie stał milicjant.

Naprawdę w ażne było też to, że koncert odbywa się w Kongresowej, gdzie były wszystkie parteitagi, na których Gomułka tym swoim charakterystycznym głosem gadał, gadał, gadał...

- A tu nagle w to samo miejsce wychodzi Mick Jagger w złotym kubraczku i bardzo obcisłych spodniach i podskakuje tym swoim drobnym kroczkiem... No, w każdym razie wyglądał zupełnie inaczej niż Wojciech Korda w owym czasie - opowiada Mogielnicki.

Witold Pograniczny wspomina, że pewien dziennikarz z poważnego dziennika, zafascynowany Jaggerem, pytał na koncercie: "Panie Witku, co on ma w tych spodniach?"

- A Jagger miał chyba atrapę. Nawet takie rzeczy były czymś innym, zaskakującym, nowym.

Obok Pogranicznego (w 9 rzędzie) inny starszy i znany wówczas dziennikarz teczką zasłaniał sobie żołądek, bo tak rezonowało. Nie byli przyzwyczajeni do takiej nawały dźwięku.

Ale większy czad to byli Animalsi, Sala Kongresowa 1965 rok.

- Większy szok, większa swoboda, konfrontacja muzyczna i zachowanie frontmana -- opowiada Olewicz. Działy się zupełnie dzikie rzeczy.

Animalsi zagrali w Kongresowej i w kilku miastach w Polsce. Tam był żywioł: ukradli milicyjną czapkę, a sami (któryś z nich) rzucili publiczności skórzany krawat, który wnet pocięto na kawałki. A Jezusa z Muranowa, kolegę Olewicza, trzy razy gliniarnia wyprowadzała z koncertu.

- A pana koledzy ze studiów, dziś politycy, byli na Stonesach?

- Marek Borowski założę się, że był, Leszek Balcerowicz - wątpię, Rosati mógł być. Oleksy raczej nie, strasznie rył wtedy -- opowiada Jerzy Salzman.

Powalająca Lady Jane

Jedynie Andrzej Mogielnicki trzyma dziś jeszcze fason.

- No, było, było, ale to zawsze trzeba, żeby coś dla dziewczyn było - wspomina Lady Jane, którą większość usłyszała dopiero w Warszawie, a która na Piotrze Kaczkowskim zrobiła porażające wrażenie ("powalające" jak mówi Jerzy Salzman).

- Dlatego, że Brian Jones siedział - opowiada Kaczkowski. - Żółte krzesło, czerwone siedzisko i pochylony z instrumentem Jones. Po lewej stronie sceny. Mam to przed oczyma.

No i był to też jeden z ostatnich momentów, kiedy Briana Jonesa można było zobaczyć żywego. Też występował w kubraczku, chyba trochę hinduskim.

Pamiętam, jak kłamali w sprawie Stonesów

- Może to jest karkołomna teza - ryzykuje Andrzej Mogielnicki - ale w jakiejś części Marzec '68, ten studencki, "zaczął się" na koncercie Stonesów.

Oczywiście, Marzec to było coś zupełnie innego, ale dla Mogielnickiego jest pewien konkretny fakt wiążący oba wydarzenia.

- Właśnie po Stonesach dowiedziałem się po raz pierwszy w sposób bezpośredni, że prasa kłamie - opowiada.

Byli naprawdę indyferentni politycznie, byli młodzi, interesowały ich dziewczyny, chcieli gdzieś poszaleć, pobawić się. Rzeczywistość polityczna po prostu była. Niezmienialna.

- Nie interesowało nas to, co się dzieje w kraju. Nikt z nas nie kupował propagandy prasowej - przypomina Jerzy Salzman.

Niemniej wielu z nich, m. in. Andrzeja Mogielnickiego, w niezwykłe zdumienie w prawiło kilka artykułów, w których przeczytali o rzeczach, które wcale nie miały miejsca na tym koncercie.

- W końcu byłem tam, widziałem, człowiek był tak wychowywany, że prasa powinna pisać prawdę. A tu Krzysztof Teodor Toeplitz, ceniony publicysta, tak strasznie przejechał się po Stonesach i młodzieży, że do dziś to pamiętam. I kiedy potem strajkowaliśmy na uniwersytecie i przyszedł facet z transparentem

"Prasa kłamie", kiwnąłem głową - tak, pamiętam, jak kłamali w sprawie Stonesów!

Mogielnicki strajkował w mundurze Wojska Polskiego. Akurat miał studium wojskowe i pułkownik przemówił do nich: "Obywatele, żołnierze, studenci, na uniwersytecie są teraz zamieszki polityczne, a ponieważ jesteście w tej chwili w służbie wojskowej, więc nie macie prawa iść tam i podlegacie sądom wojskowym".

- Na co oczywiście szeregi się załamały, wszyscy wpadli do autobusu 107, który nas zabrał na Krakowskie Przedmieście. Za bramą uniwersytetu ludzkość wrzasnęła "wojsko z nami". A głównie chodziło o to, że jak ów sprowadzony do rozpędzenia tłumu aktyw z Woli zaczął bić, to bili jak popadnie i zaczęli bić nasze dziewczyny. A jak zaczęli bić dziewczyny, to sprawa przestała być w jakikolwiek sposób polityczna.

Politycznie? Siły były nierówne, co można było zrobić? Wszyscy mieli pietra, bo to nie był problem wyrzucić człowieka ze studiów i obuć go w kamasze. Nie można było zaprotestować, ogłosić głodówki, nikogo to nie obchodziło. To, na co się porwali, samych ich wtedy przerażało, choć oczywiście w tłumie człowiek zawsze czuje się bezpieczny. Ale jak zaczyna WSW przychodzić do domu, to już wygląda gorzej. Mogielnicki był wtedy przez trzy dni relegowany ze studiów, ale jakoś przy pomocy rodziny, znajomych udało się to odkręcić.

Więź pokoleniowa? - Chyba znów ważne było to, iż ci, którzy mieli zapędy opozycyjne, byli chyba dość wyalienowani iw Marcu przekonali się, że jednak znów jest to jakieś pokolenie, jakaś siła. Że ta młodzież potrafi zaryzykować, potrafi się odgryźć ORMO etc.

Bogdan Olewicz też był naturalnie na ulicy.

- Po pierwsze, człowiek był młody, atu zadyma - wyjaśnia motywy. - Po drugie, to, o czym nie można było mówić, nagle się wykrzykuje. Następne, to objawienie w całej okazałości aparatu przemocy państwa i reakcja łańcuchowa. Objawienie dla nas, że w takich sytuacjach rodzi się nieprawdopodobna więź solidarnościowa, buduje się natychmiast ogromny organizm setek ludzi, którzy stoją łapa w łapę. I spostrzeżenie, że to jest jakaś siła.

Jerzy Salzman też się  wtedy wychylił.

-- Brałem "aktywny udział", miałem komisję dyscyplinarną, dostałem naganę z ostrzeżeniem i cud, że nie wyleciałem ze studiów, pewnie nisko mnie ocenili. Ale potem długo nie mogłem dostać pracy - wspomina, wymieniając ciąg firm, w których poszukiwał pracy. - Faktem jest, że towarzysz Jaszczuk wprowadził wówczas "system bodźców ekonomicznych", co w praktyce oznaczało blokadę etatów, ale cień Marca też pewnie coś znaczył.

Następny taki koncert jak ten Stonesów?

- Mnie cieszy każdy - odpowiada oczywiście Piotr Kaczkowski, ale ze smutkiem dodaje, że "takiego" potem już nie było inie będzie.

Dzisiejszy koncert Stonesów to wielki spektakl i zwykły koncert zarazem. A raczej występ. Obliczony co do minuty.

- Zaprzyjaźniony człowiek jest na rok wcześniej zaangażowany do dokładnego przedstawienia pogody na dzień koncertu, apotem podczas koncertu siedzi nad barometrami, zegarami i sprawdza, czy może spaść deszcz i o której. To nie jest koncert. Przedsięwzięcie - ubolewa Piotr Kaczkowski, który na koncercie Stonesów w Waszyngtonie inaugurującym poprzednią trasę przypatrywał się uważnie (z bardzo dobrego miejsca) , czy ten facet, który biega po scenie to Jagger? "Chyba tak, bo był bez gitary".