Karnawał w belgijskim miasteczku Binche jest tak wyjątkowy, że trafił na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Jego tradycje sięgają XVI wieku. Kulminacyjne są trzy dni przed Popielcem. Do miasteczka zjeżdżają wówczas tłumy turystów. W niedzielę i poniedziałek ciągną przez ulice barwne pochody mieszkańców. Tylko oni mają prawo do przebrania się w tradycyjne stroje karnawałowe.

W Binche działa kilkadziesiąt towarzystw karnawałowych, które przez kilka tygodni przygotowują się do wielkiego finału. Najbardziej charakterystycznymi postaciami wśród przebierańców są tzw. gilles – mężczyźni ubrani w czerwono-żółto-czarne bluzy wypchane słomą, z maskami i zielonymi okularami. Z tłumu wyróżnia ich także wzrost, bo na głowie noszą gigantyczne kapelusze z 1,5-metrowymi pióropuszami. Jedni wywodzą te malownicze postacie od średniowiecznego kompozytora Gille’a de Binche, inni uważają, że symbolizują Inków z południowoamerykańskich kolonii, podbitych przez hiszpańskich konkwistadorów. Popularnymi postaciami w korowodzie są też pierroty, arlekiny, wieśniacy.

Najważniejszym dniem zabawy jest kusy wtorek. Podczas parady tego dnia gilles obrzucają widzów pomarańczami. Karnawał kończy taneczny krąg gilles i pokaz sztucznych ogni.

Niemiecki karnawał w Kolonii jest z kolei najdłużej trwającym karnawałem Europy, bo zaczyna się jeszcze w listopadzie. Ale największa zabawa trwa przez tydzień przed Popielcem. Inauguruje ją symboliczne oddanie kluczy miasta przez burmistrza triumwiratowi sprawującemu rządy podczas karnawału: Księciu, Kolońskiemu Chłopu i Pannie, która uosabia wolną Kolonię. Tradycyjnie w te trzy postacie wcielają się wyłącznie mężczyźni. Ale i kobiety mają swój wyjątkowy karnawałowy dzień – w tłusty czwartek, czyli tzw. babskie zapusty. W trakcie ulicznych zabaw mają prawo obciąć krawat napotkanemu mężczyźnie (na wszelki wypadek każdy z nich zakłada najbardziej nielubiany).

Za nami już też sobotni Funkenbink, podczas którego na rynku paradują gwardziści (Funken) w historycznych strojach. Koloński karnawał w obecnej formie zaczął się w 1824 roku, a jego korzenie sięgają średniowiecza. Można jeszcze zdążyć na największą atrakcję, czyli Poniedziałek Róż – wtedy przez miasto przechodzi najokazalszy kilkutysięczny korowód. I wszędzie rozlegają się pozdrowienia w koelschu (kolońskim dialekcie) „Alaaf-Helau”, co znaczy „Niech żyje!”. Wszyscy w Kolonii bawią się aż do ostatków.

Jeśli ktoś nie zdążył się wyszaleć, nic straconego. Może pojechać do Bazylei w Szwajcarii. Jedynego miejsca, gdzie karnawał świętuje się w poście. Tydzień po Popielcu, czyli w tym roku 2 – 4 marca. Ta dziwna data to skutek reformacji i błędu w kalendarzu. W XVI wieku w protestanckiej Bazylei nikt nie zauważył, że zmienił się katolicki kalendarz, i nie przesunął terminu karnawału.

Karnawał w Bazylei – słynny Fasnacht – zaczyna się w niedzielę o 4 rano. W rytm werbli i fletów odbywa się przemarsz w maskach. Oświetlają go karnawałowe latarnie – małe umocowane na maskach i 2 – 3-metrowe niesione w rękach. Te duże są ozdobione rymowanymi komentarzami do wydarzeń minionego roku.

O 13.30 przez miasto przeciąga kolejny korowód przebierańców. Charakterystyczne w nim postacie to arlekiny i pajace z komedii dell’arte, stare ciotki w kapeluszach i waggisi – karykatury zagranicznych sąsiadów, o których Bazylejczycy opowiadają niekończące się dowcipy. Wielką atrakcją są wieczorne prezentacje karnawałowych latarni na placu przed katedrą, a także występy w restauracjach artystycznych grup z satyrycznymi kupletami. Zabawa trwa w Bazylei aż do czwartkowego świtu.