Film powstawał ponad 10 lat. Tyle czasu kamera towarzyszyła nowojorskiemu kucharzowi. Warto było, bo przez te lata wiele wydarzyło się w jego młodym życiu. Paul Liebrandt miał zaledwie 24 lata, gdy otrzymał dwie gwiazdki od Michelina i trzy od „New York Timesa" za swoje potrawy. Przez krytyków jest postrzegany kontrowersyjnie: jedni piszą o nim jako „pianiście, który odkrył kilkadziesiąt nowych klawiszy", drudzy nazywają jego potrawy — „wynikiem nieudanego eksperymentu naukowego".

Zobacz galerię zdjęć

Jedni uważają go za ignoranta, drudzy za innowatora, jeszcze inni mówi o nim jak o buntowniku. Jego dania są pełne prowokacji, lub jak chcą inni – nieporozumień. Nie wszystkim podoba się połączenie węgorza z czekoladą i fiołkami, albo cebuli z sorbetem. Pewne jest jednak, że kompozycje przygotowywane przez tego kucharza na talerzu tworzą ciekawe kształty i kolorystyczne obrazy.

W jednym z wywiadów Liebrandt przyznawał, że na początku kucharskiej kariery, znacznie ważniejsze było dla niego, by serwowane jedzenie było interesujące niż smakowite. Dziś zdaje sobie sprawę, że w takim myśleniu była młodzieńcza impertynencja.

Urodzony w 1976 roku w Zimbabwe Liebrandt jest Brytyjczykiem, jedynakiem, synem wojskowego. Nie narzeka na surowe wychowanie, które odebrał w college'u do, którego uczęszczał. Przeciwnie – uważa, że kombinacja dyscypliny wojskowej w domu i kar cielesnych w szkole jest dobrym przygotowaniem do pracy w kuchni, ponieważ hartuje. Przygodę z kuchnią Paul zaczął bardzo wcześnie. Pierwszą pracę zgodną ze swoimi zainteresowaniami podjął mając 14 lat, a jako 19-latek pracował już w restauracji Marco Pierre White, czyli terminując u świetnego szefa, który dostał właśnie wtedy trzy gwiazdki Michelina.

W filmie widzowie zobaczą też Liebrandta zmuszonego do gotowania prostego menu „dla ludu" i wysłuchania jego monologu, w którym zastawia się, czy można zaserwować talerz degustacyjny siedmiu rodzajów frytek. A że to bliskie spotkanie z intrygującym i — nie ukrywajmy – przystojnym młodym mężczyzną, świadczą i inne zwierzenia, które czyni przed kamerą. Dotyczą one nie tylko gorączkowego oczekiwania na recenzenta, od którego zależy ocena jego pracy, ale i małego, milutkiego psiaka kucharza, o którym mówi: „przy takim cudnym stworzonku każdy chce być lepszym człowiekiem".

jeśli komuś za mało tego, co w filmie, albo chciałby sam docenić kulinarne dokonania Liebrandta, powinien wybrać się do Nowego Jorku do restauracji Corton. Trzy gwiazdki Michelina są chyba wystarczającą rekomendacją.