Największa gwiazda tegorocznej edycji festiwalu przyciągnęła do białego namiotu ustawionego u stóp Pałacu Kultury i Nauki komplet publiczności. Tak będzie do końca imprezy, bo miłośnicy muzyki świata czekają na swoje święto cały rok i nie opuszczają żadnego występu. Przychodzą całymi rodzinami, często z małymi dziećmi.

Zobacz galerię zdjęć

Artysta, którego hymn „Bring Him Back Home" napisany do słów listu, jaki przysłał mu Nelson Mandela, zapoczątkował światową akcję na rzecz jego uwolnienia. Dopiero po uwolnieniu Mandeli Masekela zdecydował się na powrót do RPA, którą opuścił w 1960 r. Już wtedy swoją muzyką walczył z apartheidem, do dziś śpiewa swoje stare piosenki, bo uważa, że nie straciły na aktualności.

Do Polski przyleciał po raz pierwszy i od razu poczuł się jak u siebie w domu. - Wszyscy wiedzą, że pochodzę z Krakowa - żartował i wtrącał polskie słowa. - Teraz znowu jestem w domu - krzyczał do publiczności, która wiwatowała na jego cześć.

Motoryczny rytm muzyki zespołu z RPA przyspieszał bicie serca, ale dopiero zachęta samego Masekeli, żeby wstać, tańczyć, klaskać i machać rękami bardziej rozluźniła atmosferę koncertu.

Świetnie zabrzmiał utwór „Lady", w którym Masekela naśladował ruchy i mowę afrykańskich kobiet. Ale przede wszystkim zagrał znakomite solówki na trąbce i duety z doskonałym gitarzystą i basistą. W szczególny sposób zapowiedział występującą gościnnie wokalistkę Nomfusi.

- W Berlinie ukradła nam show. Postanowiliśmy jej już nie zapraszać na wspólne występy, ale jest taka ładna, że ulegliśmy jej urokowi. Jest mniejsza niż moja trąbka, ale głos ma większy niż ta sala. Oto Nomfusi - krzyknął Masekela.

Razem wykonali rozkołysany „Soweto Blues" - pełny gorzkich wspomnień z czasów apartheidu i konkluzji, że teraz wcale nie jest lepiej w RPA. Nomfusi zaśpiewała też własną kompozycję „My Hero" zadedykowana Nelsonowi Mandeli.

Hugh Masekela nadal zachwyca brzmieniem swojej trąbki skrzydłówki, ale nie gra już tyle solówek, co kiedyś. Więcej śpiewa i swój show wypełnia opowieściami. Szkoda, że nie wykonał znakomitej kompozycji „Stimela. Coal Train", która zawsze była ozdobą jego koncertów. Jego zespół to już nie jest tam maszyna rytmiczna, która rozpędzona potrafiła poderwać każdą salę i zabrać ze sobą w podróż po Czarnym Lądzie. Dobrze, że wreszcie zobaczyliśmy na żywo jednego z legendarnych muzyków Afryki.

Przed zespołem Masekeli wystąpił duet Teta