Pierwsze słowa należą jednak do byłego już asystenta Antoniego Macierewicza - Bartłomieja Misiewicza. Chociaż przychodzi do prezesa na kolanach jak do Canossy mówi: „Bo się jednak boicie pana Antoniego, co?”, wspominając medal, jaki na jego cześć wybił minister obrony narodowej.

Misiewicz pozwala sobie też na inne stwierdzenie: „Ja wiem, że jak pan obieca, to nic nie znaczy”. Odkupił prezesowi skradzione krówki. To „ciągutki autorytarne”.

Akcja serialu przenosi się też do Sejmu, gdzie o ministra Antoniego zgłasza się detektyw Rutkowski. Chce zastąpić przewodniczącego komisji specjalnej, który „wykończył caracale i dał nogę do Stanów”. Mówi: „O samolotach to ja nie mam pojęcia, ale hipotez to ja panu nawalę pod sufit!”.

Tematem odcinka jest też polityka zagraniczna. Minister Waszczykowski wymienia wszystkie kraje, z którymi Polska jest skłócona i pyta czy jeszcze kogoś dokładamy. „Nie, to już wystarczy” – odpowiada prezes ministrowi, który z typową dla siebie gracją paraduje w koszuli oblanej kawą.

W słuchawce telefonu prezesa odzywa się rozpoznawalne pozdrowienie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica”.

Finałowy prosiaczek ministra Antoniego jest już jednak z innej bajki…