W najnowszym klipie wyborczym PiS Janusz Lewandowski nie został przedstawiony w najlepszy sposób – głos z kadru oskarża go, że miał wyprzedawać narodowy majątek, oszukując miliony Polaków. PiS próbuje odgrzać uprzedzenia do Lewandowskiego żywe w latach 90., gdy był ministrem przekształceń własnościowych i prywatyzował państwowe firmy, co w raczkującym kapitalizmie budziło emocje. Ale znaczy to także, że największa partia opozycyjna zauważyła, iż Lewandowski wkroczył do kampanii. A to polityczny zawodnik wagi ciężkiej, jego zaangażowania nie można lekceważyć.
Do tej pory wydawało się, że Lewandowski jest malowanym szefem doradców gospodarczych Ewy Kopacz. Jednak ogłoszony właśnie projekt reformy podatkowo-składkowej, którego Lewandowski jest jednym z głównych autorów, pokazuje, że ma w rządzie do powiedzenia bardzo dużo. I że pani premier wiąże z nim nadzieje na udobruchanie elektoratu PO sfrustrowanego efektami rządów swej partii. Nadzieje te płonne być nie muszą, jako że Lewandowski już nieraz pomógł swej partii w tarapatach.
Młodzi liberałowie
PiS nie ma racji na pewno w kluczowej kwestii: Lewandowski nigdy nie był człowiekiem Ewy Kopacz. Zawsze miał w Platformie szczególny status – w tym unikatowe prawo do mówienia, co myśli – dlatego że od kilkudziesięciu lat zna się blisko z Donaldem Tuskiem.
Poznali się w połowie lat 80., gdy Tusk pracował fizycznie w spółdzielni robót wysokościowych Świetlik, a jednocześnie wydawał nielegalnie „Przegląd Polityczny", pismo młodego pokolenia liberałów. Po latach w książce „Teczki liberałów" Tusk wspominał: „W moim przekonaniu partia liberałów zaczęła się w dniu, kiedy odebrałem z drukarni 400 egzemplarzy zupełnie nieczytelnego pierwszego numeru »Przeglądu«. (...) We wstępniaku pisałem, że jest potrzeba budowania formacji, środowiska, które dokona rewolucji liberalnej. Sporo zadęcia – bo w tej »formacji« było nas dokładnie dwóch składających gazetkę naprzeciwko rasowej pijackiej meliny".
Redakcja „PP" została jednak szybko wzmocniona, gdy nawiązała stałą współpracę z sopockimi ekonomistami – właśnie Lewandowskim, a także Janem Krzysztofem Bieleckim i Dariuszem Filarem. Mieli już oni za sobą współpracę z „Solidarnością", bo w 1981 roku byli ekspertami legalnego jeszcze wtedy związku. Schemat ich pierwszego spotkania z Tuskiem był identycznie rozczarowujący. Szli na spotkanie z autorką „PP" Anną Barycz, a okazywało się, że spotykali faceta w trampkach, który używał takiego właśnie pseudonimu.