Kamil Durczok miał zaledwie 53 lata. Dla dziennikarza to moment, kiedy wchodzi się w najlepszą fazę zawodowego życia. To właśnie wtedy może zaprocentować zdobywane przez lata reporterskie i prezenterskie doświadczenie, dojrzewa głos, wietrzeją z głowy zbyt szybkie i pochopne myśli, a szlachetnieją idee. W wypadku Kamila, wskutek jego pokomplikowanych losów, był to scenariusz niemożliwy, ale bardzo bym chciał, by został w naszej pamięci w swoim pierwszym wcieleniu.

Czytaj więcej

Nie żyje Kamil Durczok

Wielokrotnie krzyżowały się nasze ścieżki, choć nigdy nie pracowaliśmy w jednej redakcji. Zawsze był to kontakt z kimś z zewnątrz, ale też kimś ze świecznika, ze szczytów popularności, kimś - a wielu w to wierzyło - w czepku urodzonym.

Zaczynał jako błyskotliwy radiowiec. W wieku 24 lat został szefem lokalnej radiostacji w Katowicach, należącej do Solidarności. Wtedy go odkryła telewizja, choć przez wiele kolejnych lat pozostawał wierny radiu. W telewizji od razu był odkryciem. Pełen chłopięcego uroku, dysponujący świetnym, mocnym głosem, opanowany, kontrolujący emocjonalnie antenę, jak mało kto. Nic dziwnego, że szybko trafił do centrali TVP w Warszawie. Najpierw była mała publicystyka, ale rychło – już w 2001 roku - wszedł przebojem do studia głównego wydania Wiadomości. Od razu dostrzeżono, że jest gwiazdą. Nie tylko świetnie „przechodził przez szkło”, ale miał też ten wyjątkowy newsowy nerw, który czynił go liderem wydania.

Nie zdziwiło mnie, że w 2006 roku przeszedł do TVN i to w roli bezdyskusyjnego lidera. Ten transfer był oczywisty, bo TVN był w tym czasie najlepszym środowiskiem dla celebryckich dziennikarzy. Splendor nadawcy podbudowywała fantastyczna maszyna promocji jej gwiazd. To było miejsce dla kogoś takiego, jak Durczok. Ale dzień, kiedy wszedł do TVN stał się też dla niego początkiem tańca na równi pochyłej. Dał się porwać szaleństwu gwiazdorstwa. Uderzyła mu do głowy pozycja, wysokie miejsc na liście najcenniejszych gwiazd polskiego show-biznesu. Nie stracił jednak jeszcze wtedy swych przewag; wciąż był świetnym telewizyjnym talentem. Wciąż znakomitym, dysponującym refleksem prowadzącym debaty i konferencje. Wciąż był kochany.

Czerwonym światłem od opatrzności mógł był dość nikczemny atak na niego na łamach tygodnika „Wprost”. Dziennikarze wdarli się szturmem w jego prywatność. Czy powinni? Nie wiem, nie mniej to właśnie wtedy zaczęły wychodzić ciemne strony zawodowego i prywatnego życia Kamila. Po latach z goryczą wspominał, że było to ostrzeżenie. Ostrzeżenie, którego nie zrozumiał. Nie umiał posypać głowy popiołem. Dlaczego? Czyżby dlatego, że przewalczył śmiertelną chorobę i poczuł się królem życia? Nigdy się tego już nie dowiemy. Co było w ostatnich latach wszyscy wiemy, a jeśli ktoś ma potrzebę o tym się rozpisywać, to źródeł w internecie jest mnóstwo. Po odejściu z TVN i krótkim romansie z Polsat News Kamil nie potrafił już wrócić do jakościowego dziennikarstwa. Zatrzaskiwały się przed nim kolejne drzwi i powoli tracił wiarę, że kiedyś wróci do dawnej formy.

Co go zabiło? Niezależnie od choroby, którą poświadczają lekarze, nie mam wątpliwości, że jak wiele nieprzeciętnie zdolnych gwiazd, zepsuł mu życie tragiczny upadek ze szczytów popularności. Niewielu przed nim potrafiło sobie z tym poradzić. Dziś przegrał ostatecznie, co zarówno jego fani, jak i przyjaciele i koledzy przyjmują z wyjątkowym smutkiem. Niech pozostanie lekcją, którą wszyscy mamy do odrobienia. Miły chłopak ze Śląska, z błyskiem w oku i bezsporną charyzmą, w którą za bardzo uwierzył. Wtedy, przed laty.