Zakłady bukamacherskie, typowo hazardowe gry, jak: ruletka, Bakarat, Blackjack czy inne, są oferowane w internecie przez zagraniczne firmy, a na ich strony wchodzi coraz więcej rodzimych amatorów tych rozrywek. Są za to ścigani i karani. Zapadają wyroki, a sądy orzekają wysokie grzywny.
Celnicy nie potrafią powstrzymać zalewu nielegalnego hazardu, chociaż walka z nim miała być ich sztandarowym zadaniem – twierdzi NIK.
„Cel, jaki przyświecał przy uchwalaniu ustawy o grach hazardowych, którym była ochrona obywateli przed uzależnieniem od hazardu, nie został osiągnięty" – czytamy w raporcie Izby, do którego dotarła „Rzeczpospolita".
Rynek zakładów wzajemnych w Polsce (w tym m.in. obstawianie wyników sportowych) reguluje ustawa o grach hazardowych, która obowiązuje od początku 2010 r. Rok później znowelizowano ją, pozwalając na organizowanie zakładów w internecie przez firmy bukmacherskie mające zezwolenia Ministerstwa Finansów. Do końca 2014 r. na polskim rynku działały legalnie cztery takie firmy.
Ale firmy bukmacherskie z siedzibami za granicą – głównie na Cyprze i Malcie – które oferują hazard i nagminnie łamią polskie przepisy, są nietykalne – wynika z raportu.
Celnicy rezygnują z wytaczania im postępowań. Wystarczy spojrzeć na liczby.
W badanym przez NIK okresie prowadzili 252 sprawy o przestępstwa skarbowe w związku z nielegalnym hazardem, a sądy wydały zaledwie 29 wyroków na nielegalnych operatorów.
Równie niemrawo wygląda ściganie firm za nielegalne reklamy hazardu sieci: ze 170 śledztw, tylko 24 skończyły się aktem oskarżenia. Tymczasem w 2013 r. celnicy ujawnili tysiąc stron z taką nielegalną reklamą.
O ile celnikom źle idzie ściganie zagranicznych firm, o tyle w tropieniu graczy korzystających z kasyn online są skuteczni. Zwłaszcza od czasu, kiedy wiosną 2014 r. lubelscy śledczy po przepływach pieniędzy między polskimi graczami a zagranicznymi firmami hazardowymi ustalili dane dotyczące 24 tys. osób (wygrały łącznie 27 mln zł). Kolejni stają przed sądami i są karani.
I tak jednemu z graczy sąd w Warszawie wymierzył grzywnę w wysokości 5 tys. zł. Innemu (mieszkańcowi Trzebiatowa) sąd w Gryficach kazał zapłacić 3 tys. zł zł. Znacznie więcej, bo 12 tys. zł, to grzywna, jaką ma uiścić mieszkanka Pabianic, która przez cztery lata brała udział w nielegalnych zagranicznych zakładach wzajemnych w internecie.
W kolejce są następni amatorzy hazardu, z których część nieświadomie naraziła się na łamanie prawa. – Wchodząc na stronę, nie znalazłem żadnych ostrzeżeń, że robię coś nielegalnego. Wszystkie objaśnienia były po polsku – mówi nam jedna z osób, która wpadła w kłopoty.
Serwisy hazardowe zagranicznych firm kuszą: ich strony są kolorowe, dają bonusy na start, darmowe żetony i pakiety powitalne (np. wartości 1,8 tys. zł).
Oprócz aspektu karnego nielegalny hazard ma też inny. – Firmy działające legalnie muszą płacić 12 proc. podatku od obrotu – to jeden z najwyższych podatków w Europie od zakładów bukmacherskich. Działające nielegalnie tego nie robią, to nieuczciwa konkurencja – mówi Paweł Rabantek ze Stowarzyszenia Pracodawców i Pracowników Firm Bukmacherskich.
I uważa, że wystarczy zablokować strony internetowe nielegalnych operatorów lub zablokować płatności.
Wątpliwości wokół ustawy hazardowej dotyczą nie tylko urządzania zakładów bukmacherskich w internecie, ale też przepisów o ograniczeniu hazardu tylko do kasyn. Te ostatnie Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodne z konstytucją w wyroku z 11 marca.
Spory firm hazardowych z administracją dotyczą głównie automatów do gier (tzw. jednorękich bandytów), które przed wejściem w życie ustawy hazardowej mogły być umieszczane wszędzie, a teraz tylko w kasynach. Oznaczało to straty finansowe dla właścicieli tych maszyn, czasem ich zajęcie przez funkcjonariuszy celnych, a czasem też kary za używanie automatu poza kasynem (12 tys. zł od każdego automatu). MF szacuje kwotę roszczeń przedsiębiorców na ponad 6 mld zł. —roch, żzny