W największym skrócie chodziło o system informatyczny, który pozwoli sprawnie zliczyć głosy. Przetarg z winy KBW się nie powiódł i w styczniu kolejnego roku został unieważniony.
Szefowie Biura wtedy już wiedzieli, że nie zdążą z przygotowaniem systemów informatycznych na wybory do Parlamentu Europejskiego i samorządowe w 2014 r. Natychmiast dowiedziała się o tym również opinia publiczna. Dyrektor KBW oraz jego współpracownicy ogłosili, że podczas tych dwóch elekcji głosy będą musiały być liczone ręcznie. Winę za skandal wzięli na siebie i podali się do dymisji. Można więc było błyskawicznie wybrać następców, a ci zyskali czas, by rozpisać odpowiednie przetargi i dostać na wybory prezydenckie oraz parlamentarne 2015 r. porządnie przygotowany system do liczenia głosów.
Czy rzeczywiście tak było? Oczywiście, nie. Nikt nie wziął wtedy winy na siebie, nikogo etos urzędnika nie skłonił do dymisji. Ale tę w części fikcyjną historię podajemy nie dlatego, że lubimy w prima aprilis „wkręcać" czytelnika.
Jak więc było w rzeczywistości? Opisał to we wtorek prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski. Po unieważnieniu pierwszego przetargu KBW w pośpiechu – i za późno – rozpisało kolejne. Przeprowadziło je niechlujnie i dostało równie niechlujnie przygotowany produkt.
Niemal do ostatniej chwili urzędnicy przekonywali, że wszystko gra. Czym to się skończyło, wszyscy widzieliśmy, obserwując chaos z wynikami po wyborach samorządowych. NIK zgłosiła sprawę do prokuratury i rekomenduje, by w wyborach prezydenckich głosy liczyć ręcznie.