Krakowska prokuratura ma pół roku, by ustalić, jak i przez kogo został zamordowany poznański dziennikarz Jarosław Ziętara, i odnaleźć jego szczątki. Prokurator generalny właśnie wydał zgodę na przedłużenie śledztwa o kolejne sześć miesięcy. Wciąż pojawiają się nowi świadkowie i tropy wskazujące, gdzie ukryto ciało zaginionego we wrześniu 1992 r. reportera „Gazety Poznańskiej".
W sądzie jest już akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, byłemu senatorowi i wpływowemu w latach 90. biznesmenowi, który – zdaniem prokuratury – miał podżegać do zabicia Ziętary (nie przyznał się do zarzutów). O pomocnictwo w zbrodni są podejrzani dwaj byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. ps. Ryba i Dariusz L. ps. Lala.
Ale śledztwo wciąż się toczy. Prowadzący je prok. Piotr Kosmaty ustala to, co najważniejsze – okoliczności porwania i śmierci dziennikarza.
Przez lata sprawa była umarzana. Obecne, trzecie, śledztwo wszczęto w 2011 r. dzięki staraniom Społecznego Komitetu „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary" i publikacjom „Głosu Wielkopolskiego", który ujawnił, że Urząd Ochrony Państwa przez lata kłamał, twierdząc, że nie próbował zwerbować dziennikarza. Prok. Kosmaty dotarł do wielu funkcjonariuszy i zbadał związki Ziętary z UOP.
– Wątki UOP i Elektromisu są powiązane, ale na razie nie jest to wiedza procesowa. Rzuca jednak nowe światło na sprawę – mówi „Rzeczpospolitej" osoba znająca kulisy śledztwa.
UOP powstał w sierpniu 1990 r. po likwidacji Służby Bezpieczeństwa. Z 24 tys. funkcjonariuszy SB weryfikacji poddało się tylko ok. 14 tys. W Poznaniu przeszło ją zaledwie 25 proc. esbeków, ale centralna komisja weryfikacyjna zmieniła te werdykty i w efekcie do poznańskiego UOP trafiło aż 90 proc. funkcjonariuszy peerelowskiej służby. Wielu zostało ochroniarzami, założyło firmy, ale utrzymało kontakty z czasów poprzedniego ustroju. Musiał je też mieć Aleksander Gawronik, który w PRL był funkcjonariuszem bezpieki.
Co o sprawie Ziętary wiadomo na pewno? Z aktu oskarżenia Gawronika, który poznała „Rzeczpospolita", wynika, że dziennikarz interesował się aferami związanymi z wielkopolskim biznesem początku lat 90. W jednym z artykułów opisał działalność wpływowego biznesmena, który „lubił pożyczać pieniądze na lichwiarskich zasadach, żył z handlu walutą i biżuterią", a jego znajomości – oceniał Ziętara – „sięgały ówczesnych elit władzy".
Śmierć dziennikarzowi przyniosły – według śledczych – informacje o brudnych interesach ludzi związanych z Elektromisem. Chodziło m.in. o przemyt spirytusu na wielką skalę przez granice z Czechami i Niemcami. Ziętara stał się zagrożeniem zwłaszcza od połowy 1992 r., kiedy to – jak twierdzą śledczy – miał informatora z Elektromisu.
Po latach od zaginięcia dziennikarza krakowskiej prokuraturze udało się ustalić, że decyzja o „zlikwidowaniu" go zapadła na spotkaniu w siedzibie firmy w 1992 r. Wtedy z ust Gawronika miały paść pamiętne słowa, że Ziętary trzeba się „skutecznie pozbyć".
Maciej M. ps. Baryła – jeden z kluczowych świadków oskarżenia (w sprawie Gawronika) – zeznał, że słyszał, jak biznesmen narzeka, iż Ziętara „wpier... się w ich interesy, jest niebezpieczny i należy go zlikwidować". „Baryła" miał też słyszeć, jak Gawronik zdenerwowany mówił, że dziennikarz węszy szczególnie w interesach dotyczących kantorów. W akcie oskarżenia prokuratura przypomina, że biznesmen otworzył sieć kantorów wymiany walut na zachodniej granicy już trzy dni po tym, gdy rząd umożliwił prowadzenie takiej działalności. W 1990 r. Gawronik był najbogatszym Polakiem na liście „Wprost".
Również świadek incognito słyszący rozmowę twierdził, że biznesmen miał namawiać „do zrobienia porządku" z Ziętarą, który zebrał informacje o wielkim przemycie alkoholu, za którym mieli stać wspólnicy z Elektromisu. Świadkami podżegania było kilka osób, część z nich już nie żyje. Na przykład jeden z porywaczy Ziętary, były antyterrorysta, miał popełnić samobójstwo.
O ile motyw i domniemany podżegacz są ustalone, o tyle nie wiadomo, kto zabił i gdzie ukryto ciało. Według świadków Ziętarę zabito w miejscowości Chyby na posesji należącej do ochroniarza Marka Z. Wcześniej był bity, by wyjawił, co wie o lewych interesach biznesmenów. Szczątków dziennikarza nigdy nie znaleziono. „Nie można wykluczyć, że zostały całkowicie zniszczone poprzez rozpuszczenie za pomocą np. kwasu" – podaje akt oskarżenia.