Nie jest do końca jasne, czy możemy mówić o nowym etapie prawdziwej wojny, czy też o kolejnych, coraz radykalniejszych, przykładach łamania wstępnego porozumienia pokojowego zawartego między Stanami Zjednoczonymi a Iranem w połowie czerwca (14-punktowe Memorandum of Understanding, w skrócie MoU). Donald Trump zasugerował w zeszłym tygodniu, że MoU nie obowiązuje, a w każdym razie, że on jako prezydent znowu przez dwa miesiące może wydawać amerykańskiej armii rozkazy ataków na Islamską Republikę bez konieczności uzyskiwania na to zgody Kongresu USA. Irańczycy odpowiedzieli, że oni się z tego wstępnego porozumienia pokojowego nie wycofali.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Jest porozumienie USA-Iran. Ale najtrudniejsze dopiero przed nami

Od zeszłego tygodnia w regionie dochodzi do militarnych działań, które przypominają prawdziwą wojnę, choć jeszcze nie w takim natężeniu, jak to było w najostrzejszej fazie rozpoczętego ostatniego dnia lutego konfliktu. Zarówno Amerykanie, jak i Irańczycy atakują cele militarne oraz infrastrukturalne podwójnego zastosowania (w tym militarnego – jak mosty czy linie kolejowe), o jednoznacznie cywilnych, takich jak szkoły, budynki mieszkalne czy hotele na razie raczej nie słychać, choć to się w każdej chwili może zmienić. Celem Irańczyków są też tankowce, które ich zdaniem łamią zasady porozumienia.

Eskalacja napięć w Zatoce Perskiej (ataki z 7-12 lipca)

Eskalacja napięć w Zatoce Perskiej (ataki z 7-12 lipca)

Foto: PAP

W atakach na wybrane cele w Iranie nie bierze udziału Izrael, który wraz z USA rozpoczął tę wojnę, ale nie jest uczestnikiem wstępnego porozumienia pokojowego i nie czuje się zobowiązany do jego przestrzegania, ale jest jednocześnie pod presją amerykańskiego sojusznika, by w porozumieniu nie przeszkadzać – oczywiście jeżeli ono przetrwa. Na razie presja nie jest wystarczająca na tyle, by wykonać pierwszy (i kluczowy dla Teheranu) punkt wstępnego porozumienia pokojowego, które mówi o zakończeniu wszystkich wojen w regionie (z nazwy wymieniony jest Liban). Izraelczycy rozpoczynają kolejną rundę rozmów z Libańczykami, ale do wycofania się armii izraelskiej z okupowanego południa Libanu droga jest jeszcze bardzo daleka. Na dodatek ożywa inny front – w Jemenie, gdzie Irańczycy chcieli zapewnić spokój swoim sojusznikom Hutim, tak jak w Libanie Hezbollahowi. Huti odpalili we wtorek rakiety i drony w kierunku lotniska w mieście Abha w Arabii Saudyjskiej (traktowanej jako sojusznik USA), mówiąc, że to odwet za poniedziałkowy saudyjski atak na lotnisko w Sanie.

Konflikt USA z Iranem. Największy problem to cieśnina Ormuz. Czy można pobierać opłaty za przepływ statków?

Do nagłego zaostrzenia doprowadził pozornie niewielki incydent w cieśninie Ormuz – ostrzelanie przez Irańczyków statków handlowych, które ich zdaniem złamały zasady wstępnego porozumienia i poruszały się szlakiem nieuzgodnionym z nimi, manipulując urządzeniami pokładowymi. 

Pokazuje to, że najtrudniejszym wyzwaniem dla Ameryki, i przy okazji dla znacznej części świata uzależnionej od dostaw surowców energetycznych, jest przyszłość ruchu w cieśninie o znaczeniu strategicznym. Rozpoczynając wojnę ponad cztery miesiące temu administracja Donalda Trumpa nie brała pod uwagę, że reżim ajatollahów może użyć blokady tego szlaku wodnego jako skutecznej broni. Co więcej – we wstępnym porozumieniu pokojowym z połowy czerwca dała mu szansę, by Ormuz był nadal skuteczną bronią i źródłem dochodów. 

Czytaj więcej

Przedstawiciel władz Iranu ujawnia, na jakiej podstawie Teheran zamierza pobierać opłaty za cieśninę Ormuz

W porozumieniu jest bowiem mowa, że bezpłatny ruch przez cieśninę będzie się odbywał przez 60 dni, a potem zasady ustalą Iran i leżący po drugiej stronie Oman. Irańczycy, co nie dziwi, uznali to za przyjęcie ich postulatu, by sam przepływ był bezpłatny, tak jak to było przed wojną, ale statki będą musiały płacić za „usługi”, czy też wnosić opłatę ekologiczną. Wywołało to oburzenie np. państw zachodnich, które żadnych opłat czy myta nie przyjmują do wiadomości. Symbolem chaotycznej polityki Amerykanów wobec cieśniny Ormuz – i szerzej wobec Iranu – jest poniedziałkowa zapowiedź Donalda Trumpa, że to USA, dotąd przeciwne opłatom, będą je pobierały. Uznały w ten sposób irańskie podejście. Opłaty wobec USA miały wynosić aż 20 proc. wartości przewożonego ładunku. Jednocześnie Ameryka wróciła do blokowania statków irańskich, próbujących przepływać przez Ormuz (i statki z innych krajów, jeżeli chciałyby korzystać z irańskich portów). 

Sytuacja w cieśninie Ormuz

Sytuacja w cieśninie Ormuz

Foto: PAP

Chodziło o wielkie sumy, wprowadzenie takich opłat doprowadziłoby do gigantycznego skoku cen ropy, która w ostatnich dniach, z powodu wydarzeń w regionie Zatoki Perskiej, i tak drożała o kilka procent dziennie. Jak powiedział brytyjskiej BBC ekspert od spraw transportu morskiego Richard Meade, tankowce czy gazowce musiałyby płacić po 16-17 mln dol. Przy tych sumach to, co Iran w czasie wojny wymuszał na zdesperowanych armatorach, którzy nie chcieli, by ich statki bez końca tkwiły na wodach Zatoki Perskiej, zaczęło się wydawać „rozsądne” (początkowo 1-2 mln dol., a potem „w niektórych przypadkach” 100-200 tys. dol.). 

We wtorek Trump nagle wycofał się z pomysłu gigantycznych opłat za przepływ statków, ale chce zarobić w inny sposób na arabskich krajach Zatoki Perskiej: pozyskać inwestycje w amerykańską gospodarkę w zamian za „bezpieczeństwo żeglugi”. To tak bardzo nie różni się od irańskich pomysłów zarabiania na „usługach” i „ekologii”.  

Irańska obsesja Donalda Trumpa. Lęk przed zemstą za śmierć najważniejszego ajatollaha 

Wydaje się, że nowy pomysł prezydenta USA polega na rozpętaniu wojny handlowej, która dotknie pół świata. Na militarne pokonanie reżimu ajatollahów raczej bowiem nie może liczyć, skoro nie udało się to w marcu i kwietniu przy zaangażowaniu wszystkiego, czym dysponują armie Stanów Zjednoczonych i Izraela. Na dodatek sprzeciw wobec konfliktu z Iranem w samej Ameryce wyraża prawie trzy piąte badanych, co wpływa na ocenę prezydentury Trumpa w ważnym dla sceny politycznej momencie, cztery miesiące przed wyborami połówkowymi do Kongresu USA.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Irańska obsesja Donalda Trumpa

Chaotyczne zachowanie Trumpa może też mieć przyczynę osobistą. Prezydent USA, nie po raz pierwszy zresztą, poczuł się zagrożony irańskim odwetem. Lęki przed irańskim zamachem wykazywał już w czasie kampanii wyborczej przed zwycięskimi wyborami w 2024 r. Wtedy amerykańskie służby informowały go o irańskich agentach krążących po USA, którzy mogą zestrzelić jego samolot, mszcząc się za zabicie pod koniec pierwszej kadencji Trumpa generała Ghasema Solejmaniego. Solejmani był najbardziej znanym wojskowym Islamskiej Republiki, ale trudno mu się równać z ajatollahem Alim Chameneim, najwyższym przywódcą, który zginął 28 lutego tego roku, w pierwszym dniu wojny. A zemstę na zabójcach zapowiedział właśnie jego syn i następca Modżtaba Chamenei.

Syn zabitego ajatollaha nie wymienił z nazwiska Trumpa, czynili to natomiast inni Irańczycy podczas wielodniowych uroczystości pogrzebowych Alego Chameneiego, zakończonych pod koniec ubiegłego tygodnia. Za tę śmierć bezpośrednio odpowiadają Izraelczycy, ich siły powietrzne zbombardowały siedzibę najwyższego przywódcy w Teheranie. Ale Trump uznał, że groźba dotyczy jego. Na swoim portalu Truth Social napisał 11 lipca, że w razie zamachu na „urzędującego prezydenta USA, w tym przypadku MNIE”, tysiące amerykańskich pocisków polecą w kierunku Islamskiej Republiki. I kraj ten zostanie całkowicie zniszczony.

Brak planu i osobiste lęki amerykańskiego przywódcy nie nastrajają optymistycznie. Choć wznowienie negocjacji wciąż jest możliwe. Ale raczej oznaczałoby, że to Iran może ogłosić się zwycięzcą.