Portal powołuje się na dwa źródła w amerykańskiej administracji oraz jedno źródło izraelskie.

Kilka dni wcześniej  Izrael przeprowadził ataki, w których zginęli Ali Laridżani – szef irańskich służb bezpieczeństwa i faktyczny tymczasowy przywódca kraju – oraz Gholamreza Sulejmani, dowódca milicji Basidż, a wraz z nim kilku jego zastępców. Strona izraelska twierdzi, że likwidacja Sulejmaniego miała na celu ułatwienie ewentualnego powstania ludowego, bo to właśnie on odpowiadał za tłumienie protestów.

Kilka godzin po tych atakach Netanjahu zadzwonił do Trumpa, przekonując go, że irański reżim jest w rozsypce i że nadszedł właściwy moment do dalszego destabilizowania sytuacji. Zaproponował przy tym, by obaj liderzy wystąpili wspólnie z publicznym apelem do Irańczyków, nawołując ich do wyjścia na ulice.

Czytaj więcej

Donald Trump do Irańczyków: Przejmujcie instytucje. Mordercy zapłacą

To właśnie wtedy Trump wyraził obawę, że takie wezwanie  skończyłoby się masakrą – trzeba pamiętać, że jeszcze przed wybuchem wojny w trakcie antyrządowych protestów zginęły tysiące Irańczyków.

– Po co mamy nawoływać ludzi, żeby wychodzili na ulice, skoro i tak ich po prostu zmiotą z powierzchni ziemi? – miał powiedzieć Trump do Netanjahu podczas rozmowy telefonicznej.

W oczekiwaniu na Festiwal Ognia

Obaj przywódcy postanowili poczekać i obserwować, czy Irańczycy samorzutnie wyjdą na ulice podczas corocznego święta  Chaharshanbe Suri, przypadającego następnego dnia. Święto to, nazywane Festiwalem Ognia, obchodzone jest w ostatnią środę przed perskim Nowym Rokiem (Nowruz) i wywodzi się z tradycji zaratusztriańskiej.

W tym czasie Netanjahu zdecydował się jednak na samodzielny publiczny apel. 

– Nasze samoloty atakują terrorystów – na ziemi, na drogach i placach. Ma to umożliwić dzielnym Irańczykom świętowanie Festiwalu Ognia. Wychodźcie więc i świętujcie… Obserwujemy was z góry – powiedział, przemawiając z kwatery głównej sił powietrznych.

Czytaj więcej

Nieoficjalnie: USA i Izrael usuwają dwóch irańskich przywódców z listy swoich celów

Następnego dnia na ulicach pojawiło się jednak bardzo niewielu Irańczyków. Według ocen Waszyngtonu i Tel Awiwu, Irańczycy po prostu wciąż boją się reakcji władz.

„Buty na ziemi muszą być irańskimi butami"

Kilka dni później izraelski ambasador w Waszyngtonie Jechiel Leiter oświadczył w rozmowie z CNN, że celem pozostaje osłabienie reżimu do tego stopnia, by nie był on w stanie tłumić opozycji.

– Miejmy nadzieję, że to wywoła punkt krytyczny, w którym ludzie sami przejmą kontrolę nad swoim życiem. Sądzę, że możemy doprowadzić ten reżim do upadku z powietrza. Buty na ziemi muszą być irańskimi butami – powiedział.