Sudan to wielki afrykański kraj. I jedno z 40 najbiedniejszych państw świata, a w każdym razie tak było przed rozpoczęciem wojny generałów. Teraz zapewne jest jeszcze gorzej. Wiele instytucji i firm nie działa. Według szacunków ONZ ponad 4,6 miliona Sudańczyków musiało opuścić swoje domy (kraj ma około 47 mln mieszkańców). Na razie większość to uchodźcy wewnętrzni, ale jak wojna będzie się nasilała, to wiele milionów może ruszyć w kierunku bogatszego świata.
Liczba ofiar śmiertelnych rozpoczętego w połowie kwietnia konfliktu to od 4 tys. do ponad 10 tys. O rzetelne dane trudno, gdy wiele szpitali i kostnic nie działa. Szerzy się głód. Niepewny jest los upraw w najżyźniejszej prowincji – centralnym stanie Al-Dżazira.
Nie tego spodziewali się Sudańczycy, którzy w 2019 r. cieszyli się z obalenia rządzącego trzy dekady Omara Baszira, dyktatora i zbrodniarza wojennego. Kraj miał zmierzać ku demokracji i wolnym wyborom. Pod przewodnictwem Rady Suwerennej, złożonej z cywilów i wojskowych, naprzemiennie stających na jej czele. Junta pozbyła się z Rady Suwerennej cywilów, a w końcu dwaj najważniejsi wojskowi obrócili się przeciw sobie. Od czterech i pół miesiąca o władzę walczą gen. Abd al-Fattah Burhan, szef Rady i dowódca armii rządowej, oraz gen. Mohamed Hamdan Dagalo, dawniej numer dwa w Radzie, i wciąż dowódca RSF, niegdyś sił szybkiego reagowania, a teraz sprawnej armii.
RSF dobrze sobie radzi na wschodzie, w tym w Darfurze i przede wszystkim w rejonie stolicy. Generał Burhan tkwił w oblężonym Chartumie aż do ostatniej niedzieli. Wtedy pierwszy raz udał się w podróż. Na początek do Portu Sudan, leżącego nad Morzem Czerwonym sudańskiego okna na świat. Tam przeniosły się i instytucje rządowe, i międzynarodowe. A we wtorek z pierwszą wizytą zagraniczną pojawił się w egipskim El-Alamejn, potem oczekiwano go w Arabii Saudyjskiej.
Egipcjanie i Saudyjczycy, wraz z Amerykanami, są najbardziej zaangażowani w próby zakończenia tej wojny. Choć prezydent sąsiedniego Egiptu Abd al-Fattah Sisi nie wydaje się bezstronny, wspiera Burhana, którego przyjmował w El-Alamejn. Sisiemu najbardziej zależy na stabilizacji w regionie, także na powstrzymaniu wielkiej fali migrantów. I przymyka nawet oko na to, że Burhan jest powiązany z Bractwem Muzułmańskim, które na swoim terenie Sisi zwalcza wszelkimi metodami.
Czytaj więcej
Walki pomiędzy armią sudańską a paramilitarnymi Szybkimi Siłami Wsparcia, które rozpoczęły się w Chartumie 15 kwietnia, objęły dużą część Sudanu. W...
W Egipcie Burhan odciął się od islamistów (którzy walczą u boku jego armii) i obiecał, że wojskowi nie utorują im drogi do władzy. Wspomniał nawet o tym, że chce, by tak jak planowano w 2019 r., Sudan szedł ku demokracji. W co, po doświadczeniach ostatnich czterech lat, trudno uwierzyć.
Bardziej zdystansowaną politykę wobec konfliktu w Sudanie prowadzi Arabia Saudyjska, dlatego lepiej nadaje się na negocjatora. Część analityków uważa, że jednak bardziej stoi po stronie Burhana, prowadząc w ten sposób rozgrywkę ze swoim regionalnym rywalem (a oficjalnie sojusznikiem) Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.
ZEA wspierają gen. Dagallo, a wcześniej zatrudniały jego żołnierzy z RSF, by zamiast Emiratczyków walczyli w Jemenie przeciwko proirańskim Huti.
Teoretycznie obaj sudańscy generałowie chcą pokoju (a nawet demokracji), ale na swoich warunkach. Dagallo ogłosił nawet 10-punktowy plan pokojowy, w którym jest mowa o utworzeniu „jednej, profesjonalnej, apolitycznej armii”. Czyli zapewne bez Burhana, który odparł, że teraz ma podstawowy cel: „zdławienie rebelii” RSF, nie negocjacje.
Czytaj więcej
Myślę, że dostrzeżemy w końcu związek między naszymi wyborami konsumpcyjnymi, naszym stylem życia a tym, że ktoś w Sudanie Południowym nie jest w s...
„Nie wiadomo, po co ruszył w podróż zagraniczną?” – zastanawia się rządowy egipski dziennik „Al-Ahram”. Czy chce pokazać, że jest prawowitym przywódcą, a jego armia jest w stanie odnieść zwycięstwo? Czy też chce wypracować sobie mocną pozycję w negocjacjach, na które naciskają inne kraje.
Kilka dni temu swoje zdanie wyraził ambasador USA w Chartumie John Godfrey: – Obie strony udowodniły, że nie nadają się do rządzenia. Trzeba skończyć wojnę, a władzę przekazać cywilnemu rządowi przejściowemu. Na to się jednak nie zanosi.