Czytaj więcej

Ukraińcy zaatakowali bazę wojskową na Krymie? "Rzeczpospolita" o eksplozjach na lotnisku Saki

Atakujący zniszczyli lotnisko w miejscowości Saki (20 kilometrów na południowy wschód od Eupatorii). Gigantyczne eksplozje zmiotły infrastrukturę lądowiska i uszkodziły co najmniej 60 budynków w dwóch okolicznych miejscowościach.

Widok potężnych grzybów dymu po wybuchach wywołał strach na pobliskich, popularnych czarnomorskich plażach, z których zaczęli uciekać wypoczywający. Już dwie godziny po ataku prowadzący z półwyspu na stały ląd most Krymski został zatkany samochodami z wyjeżdżającymi. Uciekali nie tylko urlopowicze, ale i część mieszkańców okolic lotniska. Dla Rosjan opuszczających Krym wojna nagle stała się realnością. Do tej pory oglądali ją tylko w telewizji.

Kosztowne partactwo

– Rosja przez lata upychała swoich ludzi na półwyspie (głównie rodziny wojskowych), zamieniając Krym w jedną wielką bazę wojskową i prześladując mniejszości (głównie Tatarów). A teraz most Krymski zapchany jest uciekinierami – podsumował amerykański ekspert Doug Klain z Atlantic Council.

– To dopiero rozgrzewka – powiedział zachodnim mediom anonimowy pracownik ukraińskiego Ministerstwa Obrony.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Krymski most piętą achillesową Putina

Jednak nikt z oficjalnych przedstawicieli Ukrainy nie przyznał, że to ich armia zaatakowała bazę rosyjskiego pułku lotnictwa morskiego, leżącą ponad 200 kilometrów od linii frontu. Na lotnisku stacjonowało 37 samolotów i było ono jednym z sześciu używanych przez Rosję do wspierania swych wojsk na południu Ukrainy. Poza wszystkim eksperci wojskowi byli przekonani, że Ukraińcy nie mają broni pozwalającej na wykonywanie uderzeń na tak duże odległości.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że eksplozje, których ofiarami było co najmniej kilkanaście osób, zostały spowodowane „naruszeniem zasad bezpieczeństwa przeciwpożarowego”. Szefowa kremlowskiej propagandowej telewizji Russia Today Margarita Simonjan zaś uznała wybuchy za efekt „zwykłego partactwa”.

Przekraczanie granic

Kijów zaś unika brania na siebie odpowiedzialności za ataki na cele na terenach uznawanych przez Kreml za rosyjskie. Od marca ukraińska armia wykonała serię uderzeń na rosyjską infrastrukturę wojskową w Biełgorodzie i Kursku, ale ani razu nie przyznała się do tego. Choć pożary składów paliw w Kursku były równie wielkie, jak eksplozje w Sakach.

Przed atakowaniem Krymu osobiście przestrzegał prezydent Władimir Putin. Aneksję półwyspu uważa on za swoje największe osiągnięcie. Dotychczas jednak Ukraińcy i Zachód przekraczali granice wyznaczane przez kremlowską propagandę, np. topiąc krążownik „Moskwa” czy nakładając sankcje na kochankę Putina Alinę Kabajewą. – Obecnie amerykańscy oficjele uważają, że atakowanie celów na Krymie, w tym mostu Krymskiego jest OK, są to bowiem tereny okupowane – poinformował amerykański dziennikarz Tyler Rogoway.

„Kreml nie ma teraz specjalnie powodu, by oskarżać Ukrainę o dokonanie ataku, bo to ukazałoby nieefektywność własnej obrony przeciwlotniczej” – zwrócił uwagę na jeszcze jeden aspekt amerykański Institute for the Study of War.

„Widoczne wyraźnie jednoczesne eksplozje zdają się zaprzeczać oficjalnej rosyjskiej wersji o przypadkowym zaprószeniu ognia” – dodał jednak ISW.

Dron czy rakieta

– Nie schlebiajcie sobie, to były na pewno grupy dywersyjne – zdążył już powiedzieć rosyjski dziennikarz Witalij Tretiakow pod adresem Ukraińców. Za „schlebianie sobie” uznał informacje o posiadaniu przez Kijów rakiet o zasięgu, pozwalającym dolecieć z obecnej linii frontu czy okolic Odessy do lotniska.

Nikt bowiem nie wie, w jaki sposób Ukraińcy zniszczyli lotnisko. Część zachodnich ekspertów również jest zdania, że było to dzieło grupy dywersyjnej. Przypominają przy tym tajemniczy atak sprzed przeszło tygodnia na sewastopolską siedzibę dowództwa Floty Czarnomorskiej, dokonany niewielkim dronem. Być może lotnisko zostało spalone w podobny sposób przez grupę dywersyjną, która przeszła linię frontu, a potem użyła drona o małym zasięgu.

Czytaj więcej

Po wybuchach w bazie wojskowej na Krymie: 62 uszkodzone budynki mieszkalne

Inni zastanawiają się, czy aby USA nie dostarczyły już dyskretnie Kijowowi rakiet ATACMS dalekiego zasięgu. Ale dominuje przekonanie, że zarówno ukraiński pocisk Neptun (którym zatopiono krążownik „Moskwa”), jak i otrzymany z Wielkiej Brytanii Brytanii Harpoon mogą zostać użyte nie tylko przeciw celom morskim, ale i naziemnym.

Własnym przemysłem

Jednak Kijów posiada też własne rakiety o dużym zasięgu, zestawy Hrim (Grom). Konstruowano je od 2013 roku, jednak nigdy nie dostarczono armii. Według niepełnych danych mogą mieć zasięg do 280 kilometrów. Choć podobno w 2015 roku Ukraińcy stworzyli jeden zestaw o zasięgu aż 500 kilometrów na zamówienie Arabii Saudyjskiej. Ale nie były one używane w czasie obecnej wojny, i nic nie wiadomo o tym, by je produkowano. – Potencjalnie Ukraina mogła skonstruować swoje rakiety z czyjąś pomocą – sądzi Rogoway.

– Teoretycznie Ukraina ma broń, która może sięgnąć miejscowości Saki. Ukraina ma też oddziały specjalne, które też mogą tam dosięgnąć – podsumował ukraiński ekspert wojskowy Paweł Łakijczuk.

Widowiskowy atak na Saki przyćmił dokonane w tym samym czasie uderzenie na rosyjskie składy amunicji w nadmorskiej miejscowości Kiriłłowka, na południowy zachód od portu w Bierdiańsku. Od linii frontu są one równie odległe jak lotnisko.

– Uderzenia oznaczają, że Ukraina ma szansę niszczyć i inne zasoby Rosji na Krymie, otwierając sobie drogę do wyzwolenia pozostałych terenów na południu – sądzi Klain.