Spadek cen ropy naftowej był już pewny, gdy 6 marca rosyjska delegacja odmówiła podpisania umowy w ramach OPEC+ (czyli 14 państw należących do OPEC i dziesięciu producentów spoza kartelu). Dokument przewidywał od 1 kwietnia dalsze zmniejszanie wydobycia, by utrzymać ceny przy spadającym zużyciu wywołanym epidemią korona wirusa.

Całkowitym zaskoczeniem dla wszystkich był sprzeciw Rosji. W jej budżet bowiem wpisana jest cena 40 dolarów za baryłkę ropy – w powszechnej opinii przy niższej cenie Kreml będzie musiał ograniczać wydatki i podnosić podatki, budząc oczywiście społeczną niechęć. A tego chciałby uniknąć w czasie prowadzanej kampanii na rzecz zmian w rosyjskiej konstytucji, które i bez tego nie cieszą się popularnością.

Ale obecni przywódcy Rosji to specjaliści od życia i działania w chaosie, osiągania swoich celów w czasach kryzysów – najczęściej zresztą wywoływanych przez siebie. Tak, jak obecny kryzys naftowy. Pytanie więc dzisiaj brzmi: co Kreml chce osiągnąć ryzykując całością swoich państwowych finansów.

O dojrzewaniu decyzji o zerwaniu umowy z OPEC+ uprzedzał w Moskwie 1 marca prezydent Władimir Putin na spotkaniu z przedstawicielami rosyjskich koncernów naftowych. Putin powiedział im, że „zgromadzone zasoby pozwolą wypełnić zobowiązania socjalne i budżetowe” nawet przy gorszych warunkach na rynku naftowym (czyli przy cenie poniżej 40 dolarów za baryłkę). W ciągu ostatniego pół roku Rosja zwiększyła swoje rezerwy walutowe do ponad pół biliona dolarów. Ale rosyjski lider nie podał swoim nafciarzom kiedy to się może stać. Za wyjątkiem jednego z nich.

Prezydent uległ swemu bliskiemu współpracownikowi i dawnemu znajomemu, szefowi „Rosniefti” Igorowi Sieczynowi, który od dłuższego czasu sprzeciwiał się umowom ograniczającym wydobycie. Ten zaś przekonywał, że obecnie beneficjentami zmniejszania wydobycia surowca są amerykańskie firmy wydobywające ropę łupkową i nieskrępowane żadnymi zobowiązaniami. Ludzie z otoczenia wszechmocnego szefa „Rosniefti” uważają, że Amerykanie nie wytrzymają spadku cen poniżej 40 dolarów za baryłkę, natomiast Rosjanie są w stanie przeżyć nawet przy 30 dolarów.

Eksperci zgodnie uznali, że Rosja właśnie wszczęła walkę o powiększenie swych udziałów w rynku. Ale rosyjskie wyzwanie podchwyciła też Arabia Saudyjska, która zaczęła agresywnie sprzedawać swoją ropę ze zniżkami dochodzącymi do 70 proc. (z dostawą, rzecz jasna, po 1 kwietnia – gdy już wygaśnie dotychczasowa umowa ograniczająca państwa OPEC+).

Można założyć, że Rosjanie wcześniej przewidzieli taką reakcję Rijadu, ciekawe więc jak odpowiedzą. Czy zdecydują się tylko przeczekać uznając, że rękami Saudów usuną amerykańskie firmy z rynku? A może coś trzymają w zanadrzu? Nie wiadomo też, czy Kreml zechciał uprzedzić o swej decyzji własnych sojuszników, którzy również zależą od sprzedaży ropy - przede wszystkim Iran i Wenezuelę. No i jak te państwa przetrwają obecne załamanie cen, nie mające zasobów porównywalnych z rosyjskimi a w dodatku (w przypadku Iranu) bardzo mocno dotkniętych epidemią koronawirusa.

W końcu nawet inni, rosyjscy producenci – poza „Rosnieftią” – zostali zaskoczeni ostatecznym podjęciem decyzji przez Kreml (np. „Łukoil”).