[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/04/19/ruszanie-baszka/]skomentuj na blogu[/link][/b]

Nie od dziś wiadomo, że sprawność, jaką wykazał on w organizowaniu spektakularnej dorocznej akcji charytatywnej, uczyniła Owsiaka autorytetem nie tylko od zbiórek publicznych i muzyki rockowej; pamiętam, jak rozstrzygał na łamach "Trybuny", jaki powinien, a jaki nie powinien być katolicyzm i co powinien robić Kościół.

Fakt zabrania głosu w kolejnej ważniej sprawie nie dziwi więc. Ale warto przytoczyć argument, jakiego autorytet użył.

A mianowicie powiedział, że kto będzie na Wałęsę wygadywał, temu on, Owsiak, może "przywalić z baszki".

Argument dobrze pasuje zarówno do merytorycznego poziomu, jak i polemicznego stylu wałęsistów – no i skoro ktoś, tak doskonale przygotowany do oceniania wiarygodności badań historycznych jak Owsiak, gotowy jest narażać swą cenną "baszkę" na obtłuczenie, to właściwie spór należałoby na tym zakończyć. Tym bardziej że Wałęsa przedstawił właśnie sto siedemdziesiątą którąś ostateczną wersję, jak to było: rozmawiał, bo lider musi rozmawiać, ale nic nie mówił, chyba że coś chlapnął.

Byłoby małostkowością zwracać uwagę, że wersja ta pozostaje w rażącej sprzeczności z częścią wersji poprzednich, zresztą, między Bogiem a prawdą, zanim komentarz z takim stwierdzeniem zdąży się ukazać, nasz narodowy skarb przedstawi już zapewne dwie wersje kolejne, każdą popierając przysięgą na Matkę Boską i "niech mnie szlag trafi, jeśli kłamię".

W tej sytuacji próżno sobie łamać "baszkę" nadążaniem za argumentami człowieka, który przecież i tak zawsze ma rację, bo nie może jej nie mieć; pozostaje używać jej do "przywalania".