Od 2015 roku o Platformie Obywatelskiej nigdy nie mówiło się tak dużo, jak przez ostatnie kilka dni. I to dla borykającej się z problemami PO dobra wiadomość. Zła jest taka, że nie stało się to za sprawą jakiejś ofensywy programowej, jakiegoś efektownego politycznego zagrania, które wstrząsnęłoby Sejmem, jakiejś ogromnej społecznej mobilizacji, za którą stałaby Platforma. Nie, o PO mówiło się dlatego, że oto na horyzoncie pojawił się Donald Tusk, który najwyraźniej stracił nadzieję na to, że jego partia jest w stanie dać sobie radę bez niego, a PO – najwyraźniej – jest tego samego zdania.

Czytaj także: Michał Kolanko: Tusk reaktywację zaczyna od wiary

Jak to świadczy o Platformie? Niezbyt dobrze. Partia po Tusku miała troje przewodniczących – Ewę Kopacz, Grzegorza Schetynę i Borysa Budkę. Z tej trójki tylko Schetyna – polityk z tego samego pokolenia co Tusk - okazał się politykiem wagi ciężkiej, ale i jemu nie udało się skutecznie rywalizować z PiS i tchnąć w PO nowe życie. Platforma po Tusku nie zdołała wykreować ani jednego polityka przez duże „P”, Rafał Trzaskowski postrzegany po wyborach prezydenckich jako „młody, perspektywiczny” (a mówimy o polityku 49-letnim) przez ostatni rok był dość dyskretny w swoich przywódczych działaniach, a o ambicjach przypomniał sobie dopiero, gdy na horyzoncie pojawił się Tusk. Borys Budka, który miał być twarzą nowej, młodej Platformy, zawiódł jako przywódca chyba na wszystkich polach, doprowadzając do sytuacji, w której – w niektórych sondażach – PO zamiast zbliżać się do PiS, znalazła się niebezpiecznie blisko Konfederacji. Innych polityków z buławą w plecaku w Platformie nie widać. Więc wraca Tusk, niczym ojciec zawiedziony tym, co z jego spuścizną zrobiły dzieci.

Ale przecież po drugiej stronie tego politycznego sporu nie jest lepiej. Na czele PiS, partii istniejącej od 2001 roku nigdy nie stał nikt, kto nie nosi nazwiska Kaczyński. I w najbliższym czasie to się nie zmieni – bo Jarosław Kaczyński znów jest jedynym kandydatem na prezesa swojego ugrupowania. Zapowiada, że po raz ostatni, ale czy jesteśmy pewni, że dotrzyma swojej obietnicy? Nie – bo w PiS też nie widać alternatywy dla niego. Mateusz Morawiecki „wychowywany” przez Kaczyńskiego na następcę jest silny autorytetem obecnego prezesa PiS. W PiS – podobnie jak w PO – nie pojawiają się w sposób naturalny nowi, silni liderzy. W dużej mierze dlatego, że Tusk i Kaczyński swoimi partiami zarządzali bardzo podobnie – wypychając poza nawias tych, którzy mogliby rzucić im wyzwanie czy choćby stworzyć jakąś alternatywną wobec głównego nurtu frakcję w partii. W efekcie obie partie są po prostu niedojrzałe i – jak się wydaje – w dłuższej perspektywie nietrwałe. Bo, gdy już ostatecznie zabraknie Kaczyńskiego i Tuska, zamiast platform ideowych, którymi w dojrzałych demokracjach są partie - Partia Republikańska i Demokratyczna w USA, CDU/CSU i SPD w Niemczech, Partia Pracy i Partia Konserwatywna w Wielkiej Brytanii – pozostaną tylko nie budzące emocji loga, pod którymi nie będzie się komu zbierać.

II RP była zdominowana przez spór dwóch wielkich polityków – Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Gdy zabrakło tego pierwszego, a ten drugi znalazł się na politycznej emeryturze, doszło do katastrofy państwa, w którym zabrakło choćby jednego męża stanu. II RP nie stworzyła instytucjonalnych ram, które nie byłyby związane z tym czy innym nazwiskiem, ale które byłyby wartością samą w sobie.

W III RP, jak się zdaje, podążamy podobną ścieżką.