Ręce same składałyby się do oklasków, gdyby wziąć za dobrą monetę wzorową współpracę ministra funduszy i polityki regionalnej z głową polskiego państwa. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ogłosiła złożenie projektu ustawy podnoszącej drugi próg podatkowy, na co natychmiast odezwał się prezydent Karol Nawrocki, ogłaszając, że gotów byłby taką ustawę podpisać. Tyle że ręce, zamiast składać się do braw, zaczynają opadać, jak tylko zorientujemy się, o co toczy się gra.
Dlaczego prezydent Karol Nawrocki gotów był poprzeć pomysł Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz o podwyższeniu progu podatkowego?
Prezydent nie aprobuje propozycji złożonej przez ministra funduszy po to, by rząd wesprzeć, ale by go osłabić. Bo ustawa, która ma być prezentem dla obywateli w roku wyborczym, bo oznaczać będzie, że mniej podatków zapłacć do budżetu państwa, nie powstaje w odpowiedzialnym za spinanie się budżetu państwa resorcie finansów. Paradoksalnie powstaje przeciwko ministrowi finansów. Zaś prezydent, który w różnych wystąpieniach krytykuje rząd za to, że rośnie deficyt, deklaruje poparcie dla ustawy, która dziurę w kasie państwa jeszcze zwiększy. Minister z koalicyjnej partii więc proponuje populistyczne rozwiązanie, a prezydent do tego populizmu ją jeszcze bardziej zachęca.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz chyba dość szybko zorientowała się, że nie zapanowała nagle jakaś szczególna miłość między Pałacem Prezydenckim a rządzącą koalicją, więc zaczęła prezydenta dociskać, czy np. podpisze ustawę podnoszącą akcyzę na alkohol. A wiemy doskonale, że taką właśnie ustawę Karol Nawrocki w styczniu zawetował.
Czy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz chce być Mateuszem Morawieckim koalicji rządzącej?
Ale minister zaczęła się wycofywać zbyt późno. Zagrała przeciwko swoim koalicyjnym partnerom i wycofała się dopiero wtedy, gdy jej grę podchwycił prezydent, co z kolei panią minister postawiło w trudnej sytuacji. Być może Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz pozazdrościła Mateuszowi Morawieckiemu, który z jednej strony zakłada stowarzyszenie, które ma pokazać Jarosławowi Kaczyńskiemu, że za byłym premierem stoi kilkadziesiąt osób w PiS, a z drugiej deklaruje, że chce w PiS zostać i budować wielonurtową prawicę, zdolną odzyskiwać wyborców w centrum (po tym, jak po wyborach prezydenckich zaczęła się ona mocno przesuwać w prawo).
Szefowa Polski 2050, a właściwie tego, co z tej partii zostało, też chciałaby być za, a nawet przeciw. Być w koalicji, ale jednocześnie mieć komfort krytykowania rządu. Chyba że minister uznała, że ma już tak złe relacje z premierem Donaldem Tuskiem, że nie musi się już niczym przejmować. Ale stabilności koalicji to nie wróży najlepiej. A Polska 2050, zamiast coś na tym ugrać, może się potknąć na progu. Na drugim progu podatkowym.