Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak: po błyskawicznej ofensywie azerbejdżańskiej armii Władimir Putin zadzwonił do Baku, a następnie do Erywania i zakończył trwającą ponad 30 lat wojnę w Górskim Karabachu. Tym samym uratował Armenię przed całkowitą klęską z Azerbejdżanem.
Tymczasem tłumy ludzi na ulicach Erywania świadczą o tym, że Ormianie zrozumieli, iż wojna została zakończona wyłącznie ich kosztem. Rozumieją też, że zostali porzuceni przez Rosję – swego najważniejszego militarnego sojusznika. Mało tego, Moskwa była i nadal jest największym dostawcą broni do Azerbejdżanu. A gdy bogaty w złoża surowców energetycznych (i znacznie mocniejszy militarnie) Azerbejdżan przeszedł do ofensywy, Rosja się przyglądała. A przecież mogła przerzucić do Armenii swoje siły z Centralnego Okręgu Federalnego i rozpocząć (jak często robi na granicy Białorusi z Polską) wspólne ćwiczenia z Ormianami angażując swoją 102. bazę wojskową w Giumri. Siergiej Ławrow mógł wydać groźny komunikat i zasugerować azerbejdżańskiej armii, że to odpowiedni moment, by się zatrzymać.