Czytaj więcej

"Rzeczpospolita" o wizycie Nancy Pelosi na Tajwanie

O wojnie z terroryzmem islamskim prawie wszyscy już zapomnieli. A zwłaszcza o Al-Kaidzie. Powoli zapominali też o Afganistanie, z którego Amerykanie i ich sojusznicy wycofali się rok temu po dwóch dekadach. Zapominali o talibach, którzy przejęli tam pełnię władzy, a przed laty dali się poznać jako ci, co dali gościnę Osamie bin Ladenowi, najważniejszemu terroryście świata.

Ostatnio bardziej zagrażał światu klon Al-Kaidy – ISIS, ale to ostatnio i tak było parę lat temu, nawet przed pandemią koronawirusa. Epoki się szybko zmieniają, a ta, w której przerażała i przyciągała uwagę Al-Kaida, wydaje się niemal prehistorią. Wtedy poza środkowo-wschodnimi Europejczykami nikt się nie bał Rosji, a oprócz wielbiących niepodległość Tajwańczyków nikt raczej nie zakładał, że przywódca Chin postawi sobie pilne zadanie: „zjednoczenia” chińskich ziem.

I nagle Al-Kaida wróciła. A ściślej: wróciła amerykańska wojna z Al-Kaidą. Kiedy Europa kładła się w poniedziałek spać, prezydent Joe Biden oświadczył, że sprawiedliwość dosięgnęła przywódcę Al-Kaidy, następcę Osamy bin Ladena – Ajmana az-Zawahiriego. Amerykanie zlikwidowali go w Kabulu, gdzie przebywał w gościnie u talibów. Niespodziewany sukces Bidena, niespodziewany sukces Ameryki.

Czytaj więcej

Ajman az-Zawahiri zabity w Kabulu. Spóźniony cios w Al-Kaidę

Zabicie Az-Zawahiriego dowodzi, że terroryści, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku, nie mogą liczyć na przedawnienie. Amerykańskie służby będą ich ścigały po kres ich dni. Pokazuje też Bidena jako przywódcę silnego, godnego zaufania i radzącego sobie z największymi wyzwaniami. W oczach mieszkańców naszego regionu miał taki wizerunek: bez niego reakcja Zachodu na rosyjską inwazję na Ukrainę nie byłaby tak zdecydowana. Ale we własnym kraju nie jest tak postrzegany, w sondażach wypada słabo. Z badań opublikowanych w poniedziałek przez waszyngtoński „The Hill” wynika, że w 2024 roku przegrałby starcie o reelekcję z Donaldem Trumpem, który zagrożenie ze strony Rosji ignoruje i uważa, że miliardy wydawane przez USA na pomoc militarną dla Ukrainy powinno się przeznaczyć na ochronę amerykańskich dzieci.

Odżyła atmosfera tryumfu sprzed 11 lat, gdy Amerykanie zabili Osamę bin Ladena. Tamtą operację służb specjalnych nadzorował Barack Obama. Na sławnym zdjęciu z 1 maja 2011 roku, które utrwaliło prezydenta obserwującego na żywo operację z najbliższymi współpracownikami w sali dowodzenia w Białym Domu, Joe Biden, wówczas wiceprezydent, siedział po jego prawicy.

Teraz też jest tryumf, choć nie ma co ukrywać, że az-Zawahiri to nie bin Laden. Nie był tak znany, nie był dla mas symbolem islamskiego terroryzmu. Choć na ideologię fundamentalizmu, dżihadyzmu miał większy wpływ niż pierwszy przywódca Al-Kaidy. To on, jeszcze zanim poznał bin Ladena, wykluczył jakiekolwiek negocjacje ze znienawidzonym Zachodem i kolaborującymi z nim – jego zdaniem – przywódcami państw muzułmańskich. To on przełamał w świecie sunnickim tabu zabraniające muzułmanom odbierania sobie życia, co pozwoliło na użycie przeciw wrogom strasznej broni: zamachowców samobójców.

Czytaj więcej

Mrożąca krew w żyłach podróż Nancy Pelosi na Tajwan. Chiny protestują
Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Gdy dowiedzieliśmy się o śmierci az-Zawahiriego, przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi była gdzieś w okolicach Tajwanu, wywołując wściekłość Chińczyków i obawy wielu ludzi na świecie, że zaraz wybuchnie kolejna, poza tą w Ukrainie, wielka wojna. Biden nagle otworzył trzeci front. Oby tylko na chwilę.